Być

Po wielu ciężkich i wymagających wydarzeniach ostatnich dni zrozumiałam jedno. Najważniejsze jest to, by być.


Staram się z całych sił sprostać celom, obowiązkom, które sobie wyznaczyłam. Przez ostatni rok, dwa przeszłam na tym polu wielką zmianę. Pozbyłam się poprzeczki perfekcjonizmu w każdej dziedzinie życia, odpuściłam, poszłam na kompromis. Wypracowałam swoją taktykę, dzięki której "jakoś" udaje mi się pogodzić wszystko. Bycie mamą nauczyło mnie wiele. Doświadczyłam na własnej skórze, że da się funkcjonować kilka dni z minimalną ilością snu, gdy padasz już na pysk, dasz radę wykrzesać z siebie ogromne pokłady energii, gdy nagle pojawia się u dziecka gorączka 39 stopni. Gdy myślisz, że jeszcze chwila i nie dasz rady, dajesz mimo wszystko.

Matki to cyborgi. Bezapelacyjnie. Popatrz na siebie, ile rzeczy, spraw jesteś w stanie ogarnąć każdego dnia. Żyjemy w czasach, w których nadmiar obowiązków, mimo ułatwień XXI wieku jest ogromny. Są dni, kiedy piję czwartą kawę w biegu, piorę, sprzątam, wychowuję, gotuję, pracuję, ogarniam i siadam na tyłek dopiero o 21, gdy dzieci zasną. Może i jestem chwalipiętą, ale w takich dniach jestem z siebie najzwyczajniej w świecie dumna. Pachnące, wyprasowane pranie, ciepły, dwudaniowy obiad na stole, odhaczone punkt z listy "to do" przy tym szczęśliwe i kochane dzieci, chwila z mężem. Nie zawsze jednak wszystko idzie po naszej myśli...

Przykład ostatniego tygodnia pokazał mi, że najważniejsze to po prostu być. Być przy dzieciach, przy nich, gdy tego potrzebują. Olać sprzątanie, plany, pierdoły. Obiad na szybko smakuje równie dobrze co ten gotowany godzinami. Przez kilka dni można nie odkurzać, a pralka da radę wyprać kilka prań jednego dnia.

Gdy pojawia się choroba, która w kilka godzin pozbawia sił, dodała atrakcji i objawów tak silnych, że nic, tylko usiąść i płakać - mobilizujemy się jak nigdy. Przyznam Wam szczerze, że nigdy nie wydobyłam z siebie tyle siły, co ostatnio. Wirus dopadł i mnie. Ta, co nie choruje nigdy. I mimo totalnego rozłożenia wiedziałam, że są dzieci i wspólnie z także chorym (żeby było zabawniej) mężem damy radę. Oczywiście, mogliśmy poprosić o pomoc bliskich, ale zarażaliśmy wszystkich naokoło, woleliśmy odpuścić, póki dajemy radę. Dostając do ręki skierowanie na dodatkowe badania i do szpitala modliłam się w duchu, by ten koszmar się skończył i żebyśmy zdrowieli w domu.

I leżąc tak z dziećmi, kursując z miskami, szklanką wody i flipsami, łapiąc w ręce to, co każda matka łapie odruchem bezwarunkowym przy wymiotach, kolejny raz uświadomiłam sobie, że najważniejsze i wystarczające to, by być.

Być z dziećmi, gdy nas potrzebują. Gdy nie wiedzą, co się dzieje z ich zdrowiem, nie panując na sobą. Gdy boli, gdy płaczą, czują się źle. Być zawsze i mimo wszystko.

Ten moment, gdy leżysz poskręcana w łóżku chorego dziecka, ono przebudza się w nocy i mówi: "dobrze, że jesteś mamusiu" mówi wszystko.

Te słowa zmieniły wszystko. Wszystko mniej ważne odpuściliśmy. Dom odgruzujemy, włączymy pięć dodatkowych pralek, nadrobimy zaległości, gdy wszystko wróci do normy. Tulimy, głaskamy, przebieramy, oglądamy piąty raz Krainę Lodu i odgadujemy odgłosy dinozaurów.

Jesteśmy. Bo najważniejsze to być, w momencie, w którym jesteśmy im najbardziej potrzebni. Tego nie zastąpi nic.

1 komentarz

  1. Napisane w punkt, jak dobrze to znam. My tez walczymy od świat a chorobskami, a teraz i mnie łapie. Zdrowka!

    OdpowiedzUsuń

Trojaczki. Polub nas na Facebooku!