Nasze nowe życie! Plany, wyzwania i..

Nawet nie wiem, od czego zacząć. Działo się u nas bardzo wiele w ostatnim czasie. Życie wywróciło się nam do góry nogami, nowa rzeczywistość zweryfikowała plany i jak to w życiu bywa, na tym nie koniec.



Ten post planowałam napisać Wam we wrześniu. Jest połowa października. Spoko. To kolejny dowód na to, jak szybko mijają dni, tygodnie, miesiące. Za nami bardzo intensywny czas. Wakacje minęły dość szybko. Cieszyłam się, że udało nam się je spędzić tak wspaniale, mimo obowiązków, pracy. Byliśmy na rodzinnych wakacjach, które dzieciaki wspominają do tej pory, pytając już o kolejne. Spędzaliśmy fajny, rodzinny czas. Weekendy na wsi u babci rządziły się swoimi prawami. Basen, rowery i szaleństwa na świeżym powietrzu. Cieszyłam się z tego czasu, jednak po cichu nie mogłam doczekać się września i powrotu dzieci do przedszkola :) Dwa miesiące z bombelkami to naprawdę intensywny, wymagający czas. Żonglowanie opieką, pracą, obowiązkami i zapewnieniem dzieciakom fajnych atrakcji naprawdę nie było łatwe. Zresztą, każda z Was która ma dzieciaki w przedszkolnym, szkolnym wieku wie, o czym mowa.

Lubię, jak się dużo dzieje. Zawsze byłam pracoholikiem, ciągnącym kilka projektów naraz i dająca z siebie 200%. Ciężko mi teraz znaleźć balans między tym, ile biorę na siebie, a tym ile mogę. Znów walczę z byciem perfekcyjną w każdej dziedzinie. Z jednym wyjątkiem, odkąd urodziły się dzieciaki, to one są tym najważniejszym projektem. Często, nie wyrabiam na zakrętach, pracując po nocy. Lubię taki tryb pracy, bo wtedy nikt mi nie przeszkadza. Ciągnę tak kilka miesięcy, po czym mam totalny zjazd sił i zasypiam razem z dziećmi. Właśnie tak jak obecnie. Zawsze jesienią mam spadki energii i produktywności. Wrzucam na luz. Dlatego ostatnio mniej mnie tutaj, na blogu i w social mediach. Znów staję na życiowym, zawodowym zakręcie. Z jednej strony praca, którą uwielbiam, z drugiej strony blog, który także wymaga sporo czasu. Tęsknie za tym czasem, kiedy dzieci miały drzemki, a ja mogłam pisać kilka tekstów dziennie. Założenia były optymistyczne, miałam pracować kilka h dziennie i miec czas na wszystko, takie miałam założenia jeszcze rok temu. Ale że ja nie umiem robić mało, mam masę pomysłów w głowie i nie mogę wyzbyć się teorii "jak coś ma być zrobione dobrze, zrobię to sama", tak właśnie teraz wygląda moje życie. Armagedon.

Obiecałam sobie jednak, że od tego tygodnia wrócę do systematyczności i co by się nie działo, przypomnę sobie jaką wielką radość daje mi pisanie dla Was.

Stała się rzecz niesamowita! Zostawiłam dzieci! Co prawda tylko na jedną noc, ale wierzcie lub nie, to była moja pierwsza noc bez dzieci od 4 lat! Zawsze składało się tak, że po wyjściach ze znajomymi, wyjazdach służbowych czy innych - wracałam. A tu psikus. Szkolenie, targi i mamusia poza domem. Oh! Kochane! Spałam w nocy co prawda tylko 4h, ale wyspałam się jak nigdy w życiu! Do nikogo nie musiałam w nocy wstawać, nikt nie wołał siku, piciu, nikt nie miał snów z potworami, nikogo nie atakowała skarpetka, nikt nawet nie prosił o przykrycie kocykiem! Zjadłam w spokoju śniadanie, które ktoś mi zrobił, nie musząc wstawać, dokładać, podawać i obsługiwać przy okazji trójki głodomorów! Znajomi z pracy śmieli się, że to dla mnie jak tydzień all inclusive na zagranicznych wakacjach. Trafione w punkt:) A dzieci? Podobno kilka razy spytały o mnie, ale bez dram i płaczu. W końcu nie ma im się co dziwić, atrakcji mieli tyle, że nie mieli czasu przypomnieć sobie o mamie.

Kolejny rok przedszkola! Pierwsze dni mnie przeraziły, znów pojawiły się łzy na pożegnanie. Na szczęście tłumaczenie i fakt, że dzieci są już w drugiej grupie przedszkolnej, nie w maluchach pomogło. "Jesteśmy już starszakami, wiesz? A tylko maluchy płaczą" :) Tfu, tfu - co by nie zapeszyć frekwencja prawie 100%! Ogromnie się bałam września, powrotu do przedszkola i choroby co kilka dni. Mamy za sobą 1.5 miesiąca przedszkola i jedynie mały katar. W tym roku uzbroiłam się w witaminki, tran (bardzo Wam go polecam! To rybki do żucia od Natural!), który dzieci chętnie jedzą, bo traktują je w kategorii gum :D, cudowne mikstury z malin, bzu. Mam nadzieję, że ten rok będzie dla nas łaskawszy niż poprzedni. Przed nami wiele wyzwań i oby tylko zdrowie dopisało!

Codziennie staramy się opanować nasze szalone życie. Od pierwszego dźwięku budzika wrzucam pełne obroty. Czasami mam tak intensywne dni, że liczę dzieci, co by się nie pomylić, śniadaniem jem o 14 i dziękuję sobie, że wczoraj zrobiłam obiad na dwa dni. Życie. Oczywiście wypracowałam sobie już rok temu idealny plan dnia i rytm tygodnia. Napisze Wam o nim więcej, bo czuję, że moje sprytne sposoby na zapanowanie nad naszą czasoprzestrzenią mogą się komuś przydać.

Żyjemy z dnia na dzień, z tygodnia na tydzień nie planując nic wielkiego na przyszłość. Życie lubi weryfikować wszystkie nasze plany, praca D. i wszelkie możliwe opcje nauczyły nas pokory do planów, a mnie akceptacji rozkazów bez marudzenia:) Najbliższe pół roku, rok czy nawet dwa mogą być cholernie intensywne, podporządkowane celowi, który dużo znaczy. Trzymajcie za nas kciuki!

Zaszła jeszcze jedna zmiana. We mnie. Często Wam wspominałam, że od przełomowego momentu w moim życiu obudziłam się, i zaczęłam walczyć o siebie. Tak, walczyć. Po urodzeniu dzieci wpadłam w pułapkę "tryb mama" zapominając o sobie, swoich potrzebach, przyjemnościach. Oddałam się im w całości. Dziś śmiało mogę napisać, że po części także poświeciłam siebie. Dużo czasu zajęło mi przepracowanie tego, by znów odnaleźć siebie. Powrót do pracy, przeprowadzka i przedszkole dzieci było takim pierwszym krokiem. Wyzbyłam się z siebie wiecznego poczucia winy, gdy stawiałam siebie na pierwszym miejscu. Dziś naturalną rzeczą jest to, że pracuję, więc muszą iść do przedszkola, zostać z tatą, ciocią. Wychodzę na kolację z przyjaciółką ot tak, po prostu. Bez wyrzutów sumienia, kilku telefonów w trakcie i powrotu do domu w biegu. Dzieciaki naprawdę potrafią pójść spać bez buziaka na dobranoc od mamy, co jeszcze 2 lata temu wydawało nam się niewykonalne :) Walczymy też o siebie. Związek. I mimo tego, że na palcach jednej reki możemy zliczyć wspólne wyjścia na kolację, kina w ostatnim czasie, wieczory są nasze. Wybija 20.00, dzieciaki zasypiają a my w końcu mamy czas na spędzenie razem trochę czasu, poświęcenie uwagi tylko sobie. Zmieniłam zdanie na temat teorii, która mówi, że dzieci niczego w życiu nie zmieniają. Zmieniają. I to bardzo dużo. Zmieniają świat, codzienność, plany i priorytety. Stają się najważniejsze, spychając wszystko inne na dalszy plan. Trzeba jednak w tej całej gonitwie dnia codziennego znaleźć balans i czas na wszystko inne. Uczę się tego codziennie.

Planuję jeszcze bardziej przeorganizować swoją dobę. Szukam od 4 lat sklepu, gdzie można dokupić kilka dodatkowych godzin. Bezskutecznie. Trzeba więc zatem ogarnąć jeszcze bardziej to, co się da ogarnąć. Przestać przejmować się pierdołami, dążyć do celu i zdobywać kolejne małe sukcesy. W każdej dziecinie. Na czele z byciem mamą :)

1 komentarz

  1. Świetny tekst Aga, brawo! I czekam na post o zapanowaniu nad czasoprzestrzenią ;)

    OdpowiedzUsuń

Trojaczki. Polub nas na Facebooku!