Walka o każdy dzień...

Standardowo 40 tygodni. Książkowa ciąża. Wyobraź sobie, że 40 tygodni to nieosiągalny czas powitania na świecie upragnionego dziecka. Modlisz się w duchu o 23-24 tydzień ciąży, bo to daje szanse na przeżycie. Walczysz o każdy dzień.


Trojaki urodziły się w końcówce 34 tygodnia ciąży. 10 tygodni później, niż przewidywano, po tym, jak z rozpoczynającym się porodem trafiłam na porodówkę. Tego się nie zapomina. To żyje we mnie do dziś. Od 4 lat, 1 kwietnia mam dzień przemyśleń, zadumy i ogromnej wdzięczności. To właśnie 1 kwietnia los zgotował mi największy żart życia. Przyśpieszyłam o 2 dni zaplanowaną, kontrolną wizytę u profesora. Przez 2 dni towarzyszył mi dziwny ból pleców. Nie jakoś bardzo uporczywy, ale jednak dość nietypowy. Mimo że zwiastować miał naturalne w ciąży bóle obciążonego kręgosłupa, coś nie dawało mi spokoju. Podświadomie czułam, że coś się dzieje. Mieliśmy z profesorem umowę - cokolwiek by się nie działo, cokolwiek by mnie niepokoiło - mam do niego dzwonić o każdej porze dnia i nocy. Zadzwoniłam tego dnia - kazał przyjechać. Po kilku minutach po wizycie jechałam już do szpitala. Szyjka 6mm, skurcze, których nie czułam. Czekali już na mnie, trafiłam na porodówkę i wszystko potoczyło się błyskawicznie. Podłączono mnie pod pompę z fenoterolem. Nie powiedziano mi dokładnie, co się dzieje. Jedynie to, że na dobę mnie podłącza, a potem zobaczymy co dalej. Gdybym wtedy usłyszała, że próbują zahamować poród, że grozi nam poród dzieci w 24tc - załamałabym się i nie miała sił walczyć. To, co nam groziło, powiedziano mi kilka dni później, gdy lekarze mieli pewność, że udało się zatrzymać poród i wyciszyć skurcze.

Jestem pewna, że moja psychika by się poddała. Tej nocy przeczytałam cały internet w poszukiwaniu dobrych historii z wcześniakami urodzonymi w okolicach 24tc. I tak z dnia na dzień prosiłam Boga o jeszcze jeden dzień. Jeszcze jeden tydzień.


Marzyłam o 28 tygodniu ciąży. 30 był nierealnym spełnieniem marzeń. Najbardziej optymistyczną wersją był 32 tydzień. Przy ciąży trojaczej to wspaniałe osiągnięcie. Dalej nie marzyliśmy. Los jednak lubi mieć własne plany...


Dzieci urodziły się porodem zaplanowanym na 34 tc, wytrzymalibyśmy dłużej, ale pojawiło się zatrucie ciążowe, zatrzymała mi się woda w organizmie, dzieciom były przygotowane miejsca na neonatologii. Zespół lekarzy podjął decyzję o porodzie. Jednak zanim doszliśmy do tego względnie bezpiecznego tygodnia ciąży, przeszliśmy kolejne chwile grozy. W 28 tygodniu ciąży znów pojawiły się skurcze. Ponownie ich nie czułam. Dodatkowo Nikodem ułożony poprzecznie od samego początku, robił mały armagedon w dole macicy. W 28 tc czułam go w kanale rodnym. Czułam jego rękę lub nogę. Badanie to potwierdziło. Kilka godzin później znów dostałam skurczy, ponownie dostałam leki, sterydy na rozwój płuc i kolejny raz modliłam się o każdy kolejny dzień.

I tak z dnia na dzień marzyłam, by wytrzymać jeszcze jeden dzień. Każdy nowo rozpoczęty tydzień ciąży był wielkim sukcesem. Moim, dzieci, personelu. Ja wmówiłam sobie, że dam radę. Marzyłam, by urodzić 10 dni później, niż urodziłam i zrobić najcudowniejszy prezent na 30ste urodziny męża.

Perspektywa długiej hospitalizacji


Szpital stał się moim drugim domem. Przyjechałam na porodówkę w kurtce zimowej i kozakach, wyszłam w tunice i japonkach. Prawie 90 dni w szpitalu. Dałam radę, musiałam. Pierwsze dni przepłakałam w poduszkę. Ze strachu, z niemocy. Nie chciałam zostać w szpitalu, nienawidziłam szpitali. Byłam dopiero w 24tc, nie chciałam tygodniami leżeć w szpitalnym łóżku. Po kilku dniach i rozmowie z moim lekarzem uspokoiłam się i zaakceptowałam ten fakt. Długie tygodnie na szpitalnym łóżku. Tak było lepiej, dla mnie i dla dzieci. Mąż był spokojniejszy. Ze względu na swoją pracę często wyjeżdża, ma służby i nie zawsze byłby ze mną w domu. A gdyby coś.. liczyłaby się każda minuta drogi do szpitala.

Trzeba zaakceptować fakt długiej hospitalizacji w ciąży, gdy zachodzą takie potrzeby. Lekarze wiedzą, co robią. Tak jest bezpieczniej dla mamy i dziecka. Pomyśl, coś zaczyna się dziać, jesteś na miejscu, w szpitalu, pomoc otrzymujesz w ciągu kilku minut. A w domu, sama wiesz... Taka argumentacja do mnie trafiła. Dla dobra dzieci gotowa byłam poświęcić swoją wygodę, pobyt w domu i zostać w szpitalu na kolejne dni, tygodnie. Każda z nas by tak zrobiła, dla dobra dziecka.

Jeszcze jeden dzień, jeszcze jedna noc


Musisz myśleć pozytywnie. Psycholog powiedziała mi, że być może to, że tak się zawzięłam w sobie, dało mi szansę przetrwać ten trudny czas. Miała racje, ja nawet lekarzom powtarzałam, że to jeszcze nie czas, że do czerwca to nie mamy co rozmawiać o porodzie, ja mam czas. Ułożyłam sobie w głowie wszystkie wydarzenia ostatnich tygodni. A im dalej, tym byłam spokojniejsza. Wiedziałam, że jestem w najlepszych rekach, w najlepszym szpitalu, który zapewni dzieciom wszystko, co niezbędne w pierwszych tygodniach życia. I codziennie rano byłam wdzięczna za kolejny dzień...

Stoczyłam walkę. Walkę o każdy dzień. O każdy kolejny tydzień. Walkę z samą sobą, ze swoimi słabościami, strachem. Walkę między dobrem swoim a dzieci. Zagryzałam zęby. Przyjmowałam tony tabletek, zastrzyków. Miałam kryzysy, dni strachu i wdzięczności. Miałam jeden cel, urodzić dzieci w bezpiecznym tygodniu ciąży i dać im szansę na życie, zdrowie.


Wiem, ile z Was jest w podobnej sytuacji. Wiem, ile z Was walczy o kolejny dzień. Każdy dzień jest ogromnym sukcesem. Każdy dzień jest bliżej celu, celu zdrowia i życia. Oby jak najwięcej takich dni, sukcesów. 

Brak komentarzy

Prześlij komentarz

Trojaczki. Polub nas na Facebooku!