23 października 2017

Matki to mają życie! Siedzą w domu i nic nie robią!

Co odpowiedział mój mąż koledze, który twierdził, że jego żona żyje jak królowa! Siedzi w domu, nic nie robi, nic nie musi...




Krew mnie zalewa jak słyszę takie teksty. Serio! Gotowa jestem udusić delikwenta wzrokiem. Panuje takie chore wyobrażenie, że matki to mają taki życiowy lajt. Siedzą w domu z dzieckiem. SIEDZĄ. Znacie to określenie? Śmieszne, prawda? Mówią je najczęściej Ci ojcowie, którzy jeszcze nigdy nie zostali w domu z dziećmi, sami i nie musieli zająć miejsca matki. Zająć się dzieckiem, ugotować obiad, posprzątać, wykonać wszystkie inne czynności, które są dniem powszednim matki. 

Życie "przed" dzieckiem i po jego urodzeniu niekiedy wygląda jak dwa różne światy. Śmiem twierdzić, że przed dziećmi miałam po prostu luz. Totalny luz. Praca, dom, odpoczynek. Miałam czas na pasje, hobby, weekendowe wyjazdy. Spontaniczny wypad do kina, weekend na Mazurach - żadnen problem! Zakupy, rozpieszczanie siebie. Miałam czas na wszystko. Teraz to inna bajka, choć nie zamieniłabym mojego obecnego życia na nic innego.

Przed urodzeniem dzieci byłam totalną "zosią samosią" i pedantką. Dbaniem o dom zajmowałam się w większości sama, bo po prostu to lubiłam. Mąż miał też swoje obowiązki, niewiele, ale miał. Czasami prosiłam go o pomoc. Lubię porządek i z przyjemnością poświęcałam pół soboty na porządki. Włączałam sobie film i bez pośpiechu prasowałam, sprzątałam. Drugie pół dnia mogłam spędzać w kuchni. Eksperymentowałam, lubiłam testować nowe przepisy. Odprężało mnie to niesamowicie.





Różnica między pomocą, a wspólnym dbaniem o rodzinę i dom!




Najważniejszą zmianą, jaka we mnie zaszła to jest to, że ja już nie proszę męża o pomoc. Ja wymagam by w dużym stopniu, w miarę możliwości uczestniczył w życiu naszej wspólnej rodziny, dbał o nasz wspólny dom, zajmował się naszymi wspólnymi dziećmi. WSPÓLNYMI. Słowo klucz. Jego definicja powinna wisieć na lodówce w każdym domu. Z racji urlopu wychowawczego, nie pracuję, więc większość obowiązków nadal wykonuję ja, ale obecnie dzielę się nimi z mężem. I już nie jestem "zosią samosią" bo najzwyczajniej nie ma na to sił. Nie jestem już pedantką, bo wolę odpocząć niż każdego dnia na kolanach szorować kafelki. I dobrze mi z tym, bo dziś mam inne priorytety.

Od rana do 16 jestem z dziećmi sama. Tylko my matki wiemy, ile do popołudnia jesteśmy w stanie zrobić, ile zrobić musimy, by funkcjonowała nasza rodzina i każdy był zadowolony.






Dzień matki jest jak dzień świstaka!





Co dziś zrobiłam?

Zajmowałam się dziećmi. Bawiłam się w 30 zabaw. Od budowania wieży z klocków po czytanie książek.
Zrobiłam śniadanie, drugie śniadanie, dwie przekąski, obiad na dwa dni z dwóch dań. Kolację też.
Zaplanowałam posiłki na następny tydzień i przygotowałam listę zakupów.
Przebrałam dzieci 3 razy, bo oblały się wodą, pobrudziły farbami.
Nastawiłam dwie pralki prania, które później rozwiesiłam.
Sprzątałam dziś dom 4 razy. 3 razy do obiadu i jeszcze po południu.
Odkurzyłam tylko raz, drugi raz zamiotłam tylko pokruszone krakersy.
Zrobiłam przelewy, opłaciłam rachunki, ustawiłam przypomnienia o przeglądach samochodów.
Wyszłam z dziećmi na spacer, przy okazji robiąc małe zakupy w sklepie.
Idąc zrobić sobie kawę, ogarnęłam blaty w kuchni, przy okazji myjąc zlew, kuchenkę i mikrofalówkę. O kawie zapominałam.
Posegregowałam ubrania dzieci. Za małe odłożyłam, letnie spakowałam, wyjęłam zimowe.
Zrobiłam tego dni jeszcze setkę innych pierdołowatych rzeczy. Tak. Ja też "siedzę w domu z dziećmi". Wybiła dopiero 16.00!

Rok temu, gdy mąż po raz pierwszy został z dziećmi na dłużej, przeżył prawdziwy chrzest bojowy. Kartka formatu A4 z rozpisanymi najważniejszymi rzeczami. Wszystko miał gotowe, została tylko opieka nad trójką rozbrykanych maluchów, która tego dnia miała nienajlepszy dzień. Gdy wróciłam, usłyszałam od niego słowa pełne uznania, docenienia tego, co robię na co dzień. Nie wyobrażał sobie tego, jak wyglądałby ich dzień, gdyby musiał jeszcze ugotować obiad, posprzątać w domu, zrobić pranie i inne rzeczy, które my matki wykonujemy codziennie.

Jakiś czas temu, nasz wspólny znajomy zazdrościł swojej żonie, że ta, siedzi w domu z ich kilkumiesięcznym synem. On ma pracę w rodzinnej firmie. On pracuje, ona nie. On pracuje, a ona siedzi w domu z dzieckiem i ma lajtowe życie. Trochę się we mnie zagotowało, bo od ponad 2 lat też "siedzę" w domu z dziećmi i wiem, jak jest. Są dni spokojne, gdzie jest nawet szansa na śniadanie przed południem i wypicie letniej kawy. Bywają też dni, kiedy mamy taki zapierdziel, że przypominamy sobie o porannej kawie i śniadaniu w porze obiadu. Mój mąż mu wtedy odpowiedział:

"Stary! Ty chyba jeszcze nie zostałeś sam z P. (synem) sam na cały dzień. Mnie dzieciaki tak przechrzciły, że nie wiedziałem, w co ręce włożyć. A żebym miał jeszcze obiad im zrobić, czy ogarnąć dom to tego dnia chyba bym nie wyrobił".

Miał racje. Znajomy nie został sam z dzieckiem nawet na 2 godziny. Wtedy być może doceniłby pracę, jaką matka, żona wkłada we wspólny dom.

Podział obowiązków jest ważny, by we wspólnym życiu żyło się łatwiej. Oddelegujmy niektóre nasze obowiązki mężom, partnerom w miarę ich predyspozycji czasowych. Większość zapewne pracuje, nie wszystkie weekendy też są wolne. Czasami jednak wystarczy zrobienie "czegoś" z własnej woli, bez proszenia, pokazania palcem.



Kobieta ma wychowywać dzieci, a mężczyzna przynosić kasę do domu! 




Nie wyobrażam sobie, jak ciężko jest tym kobietom, które w tygodniu są same, mąż pracuje w delegacjach, często wracając tylko na weekendy.
Nie wyobrażam sobie, jak wygląda doba kobiety, która ma na głowie cały dom, masę obowiązków, szkolne czy przedszkolne dzieci i na dodatek pracę zawodową! Te kobiety są mistrzami logistyki i organizacji.
Wyobrażam sobie jednak, jak wygląda życie kobiet, które same pozwalają na taki stan rzeczy. Wolą wszystko robić same, bo tak zostały nauczone, bo mąż po pracy jest zmęczony na tyle, by nie móc nawet wynieść śmieci. Pozwalają na to, nie proszą o pomoc, nie mówiąc już o normalnym podziale obowiązków. Wiem, że niektórzy mężczyźni wychowani zostali w takim przekonaniu. Kobieta jest od dbania o dom i wychowywania dzieci, a on ma przynosić kasę do domu. Tak było jeszcze 20 lat temu. Dziś świat jest inny. Mamy XXI wiek. Kobiety najczęściej pracują zawodowo przed ciążą, chcą wrócić do pracy po macierzyńskim po to, by domowy budżet się zgadzał.
Kobiety nie boją się mówić o własnych potrzebach, chcą mieć chwilę dla siebie, złapać oddech od codzienności. Bo dzień matki bardzo często wygląda tak samo. Taki dzień świstaka.

Mój mąż doskonale rozumie i docenia moją pracę w domu. Mój mąż mi nie pomaga, on razem ze mną tworzy nasz wspólny dom.

A jak jest u Was?



4 komentarze

  1. U nas od razu był przejrzysty podział obowiązków. Od razu wiedziałam, że muszę zrobić wszystko, żeby właśnie nie było tak, że na mojej głowie jest dziecko i cały dom a mąż czasami "pomaga". Ja wróciłam do pracy po macierzyńskim, wszystkimi obowiązkami dzielimy się w taki sposób, żeby każdy był zadowolony i miał chwilę dla "siebie". Po pracy dzieckiem zajmujemy się wspólnie, bawimy się, układamy wieże, czytamy ksiązki, wygłupiamy się. Później mąż kąpie córkę a ja w tym czasie zaczynam gotowanie obiadu na dzień następny. Na szczęście córka zasypia bez problemu sama i śpi do rana więc wieczór mamy dla siebie. W weekend mąż zabiera córkę na spacer a ja mam wtedy spokój i mogę ogarnąć cały dom, żebyśmy mogli spędzić popołudnie we trójkę. W tygodniu robię listę zakupów, mąż w sobotę te listę realizuje :) U nas podział obowiązków jest jasny i taki system sprawdza się od 1,5 roku. Najważniejsze to partnerskie podejście do życia i rodziny i wtedy jest dużo łatwiej. P.S kiedy nie mogłam urwać się z pracy mąż sam poszedł z dzieckiem do lekarza na szczepienie i wszyscy przeżyli:P

    OdpowiedzUsuń
  2. Witaj! My też mamy trojkę - wprawdzie nie za jednym zamachem ale tez trójeczka:) każde z naszych dzieci trenuje jakiś sport i naprawdę jest ciężko ogarnąć wszystko logistycznie, bo żadne jeszcze samo na swoje treningi nie dojeżdża. Ale dajemy radę. Często padamy na pysk jeszcze przed porą spania, ale nie zamienilibyśmy naszego życia na żadne inne.
    W zeszłym tygodniu najmłodszy królewicz był chory. Mój mąż wziął L4 i nawet okna umył w całym domu, podawał leki, inhalował i nawet wieczorem się do mnie uśmiechał:) I nawet stwierdził, ze z tego siedzenia w domu, to samego siedzenia jest niewiele:)
    Pozdrawiamy

    OdpowiedzUsuń
  3. Całe życie przed dziećmi pracowałam i macierzyński to dla mnie był okres mega zapierniczu. W pracy odpoczywam i pomimo tego że kocham swoje dzieci to nie wytrzymałabym z nimi w domu dłużej 🙂

    OdpowiedzUsuń
  4. U nas zawsze był podział obowiązków, niestety praktycznie większość rzeczy narazie robię sama mąż wychodzi do pracy o 5 rano i wraca przed 20 albo wychodzi przed 10 i wraca po 23 😣więc cały dzień jestem sama z synem w domu i powiem że z niecierpliwością czekam na wolną sobotę męża (a są tylko 2 w miesiącu )na szczęście wtedy najbardziej pomaga w domu

    OdpowiedzUsuń

TOP