18 maja 2017

#wcześniak - trzy historie, każda z nich miała skończyć się inaczej...

Kolejny post z serii #wcześniak. Tym razem przedstawię Wam trzy historię. Każda z nich miała zakończyć się standardowo: szczęśliwa ciąża, poród o czasie. W każdej z historii znajdziecie nagły zwrot akcji, strach, łzy i wielki happy end! Happy end, zwany życiem! 





Monika z mężem o ciążę walczyli prawie 2 lata. Gdy odpuścili, na teście uśmiechnęły się do nich 2 kreski! Miało być pięknie. Wyczekiwana córka była w drodze, odliczali czas do 40 tygodnia. Nagle coś zaczęło się dziać... 





PCOS i ciąża z zaskoczenia

O ciążę zaczęliśmy się starać w styczniu 2012r. Myśleliśmy, że zaraz zobaczymy dwie kreski, ale nie. Walczyliśmy prawie 1.5 roku. Zdiagnozowano zespół pcos i problemy z ciśnieniem. Wprowadzono leczenie, jednak czułam się fatalnie, dlatego zrezygnowałam z kuracji. I wtedy w cyklu bez leków, monitoringów, testów owulacyjnych i sexu na akord zaszłam w ciążę. W sierpniu na spontanie! 30 sierpnia zrobiłam test ciążowy zdziwiona nagłymi mdłościami i mega ochota na zieloną fasolkę, której nigdy nie jadłam. Radość była nie do opisania, jednak mieliśmy już za sobą straty ciąż, więc wiedzieliśmy, że to początek. Okazało się że ciąża jest trudna, groziło mi poronienie. 2 tyg modliłam się i płakałam, prosząc o życie dla tej istotki. Udało się w 6/7 tc biło serduszko. I tak do 29 tc nie licząc problemów z ciśnieniem wszystko było pięknie. Czułam się dobrze i ciągle jadłam cytrusy.


Nagle, w 29 tc zaczął się horror...




W 29 tc omdlałam. Okazało się, że mam problem z sercem i bakterie w moczu. Leki, leczenie i tak do 34/35tc . Nagle badanie moczu wykazało białko, nogi wyglądała jak balony a ciśnienie w ciągu kilku godzin z 150/90 wzrosło do 190/100 skierowano mnie do szpitala. Tam stwierdzili hipotrofia córki i problem z przepływem. Ciśnienie 210/110. Lekarze walczyli o każdy dzień. Próbowali zbijać, prawie się udało, na 2 godziny. Nagle dostałam drgawek, ciśnienie skoczyło. Ekspresowa cesarka! Potem ciemność. Mała urodziła się 9 kw 2015 r o godzinie 21.20, miała 49 cm ważyła 2060g, dostała 9 pkt. Urodziła się zdrowa. Niestety na intensywnej odkryli szmery, okazało się że Madzia ma za szybki przepływ krwi w aorcie. Nie miała odruchu ssania przez 4 dni karmiona sonda potem walka o butelkę. U mnie był krwotok do maciczny i 2 h mnie ogarniali i zszywali. Po 6 dniach mnie wypisali a córkę po 15 dniach.

Córka miała wylew II stopnia. Za nami kontrole specjalistów: kardiologa, okulisty, neurologa - wszystko dobrze. Kontrolne USG główki wykazało poszerzone komory. Po 3 miesiącach zaczęło się poprawiać. Jako roczna dziewczynka była zdrowa, lekko opóźniona ruchowo, rozwijała się intelektualnie na 3 miesiące do przodu, ale chodzić sama zaczęła dopiero w wieku 17 miesiącu. Teraz ma dwa latka i po wcześniactwie zostały tylko wpisy w książeczce i coroczna kontrola u kardiologa.

Mama życzę wytrwałości i wiary w małych bohaterów!
Pozdrawiam Mama Madzi

_____________________________________________






Małgosia z mężem, po pierwszej trudnej ciąży zdecydowali się na kolejne dziecko. Urodziła wcześniaka, nie chciała powtórki. Nagle okazało się że nosi pod sercem dwoje dzieci. Wiedziała że i tym razem może urodzić wcześniej. "Tracimy go" to były najgorsze słowa jakie usłyszała w swoim życiu. Po urodzeniu, kierowana przeczuciem walczyła o diagnozę i normalne życie synka. 


Przez dwa lata co miesiąc robiłam test ciążowy z nadzieją, że tym razem się uda. Po urodzeniu pierwszego dziecka lekarze nie dawali mi szans na kolejną ciążę, z racji na problemy hormonalne. A jednak...

Nasza radość trwała krótko, pojawił się strach.

Gdy zobaczyłam dwie kreski na teście ciążowym, byłam bardzo szczęśliwa, Mąż też! Radość była krótka. 2 tygodnie później zaczęło się najgorsze. Krwawienie. W najbliższym szpitalu odmówili mi przyjęcia, gdyż oddział ginekologiczny był w budowie. Poszłam do pierwszego lepszego lekarza - krwawienie ustało. Pani doktor potwierdziła ciążę, ale okazało się, że dzieci będzie dwoje!!!

Ale jak to dwoje ?!?!?!

Radość, że ciąża się utrzymała, była wielka. Ale strach i szok po informacji, że dzieci będzie dwoje był chyba większy. Podwójne macierzyństwo mnie przeraziło. Komplikacje w ciąży oraz perspektywa wczesnego porodu. Ta wizja była najbardziej druzgocąca. Aż nazbyt dobrze zdawałam sobie sprawę, co oznacza poród przed czasem. Starszego syna urodziłam w 36 tc. Tym razem dzieci było dwoje, co z natury skutkowało wcześniejszym porodem, ale skoro jedno urodziłam miesiąc wcześniej, to kiedy urodzę dwoje?

To była bardzo trudna ciąża. Wizyty z racji ciąży bliźniaczej były co dwa tygodnie. Średnio raz w miesiącu lądowałam w szpitalu. Od początku na podtrzymaniu. W 20 tc nie miałam już szyjki. W 23 dostałam sterydy na rozwój płuc. To była walka z czasem, walka o życie, o każdy dzień.

26 tydzień. Kontrola u lekarza i wyrok.

Rozwarcie na 3 i skurcze parte! 26 tydzień ciąży! Dopiero!!! To był najdłuższy przejazd do szpitala w moim życiu. 65km na sygnale. Wjechałam prosto na oddział, omijając izbę przyjęć. Jechałam zwykłą karetką. Personel był równie przerażony, jak ja. Kierowca mówił do sanitariusza "Jak zacznie teraz rodzić, to nie mamy szans na uratowanie dzieci". To był koszmar! Zastrzyki i kroplówki. Sprawdzanie co chwilę czy się wszystko uspokoiło. Uspokoiło się. Modliłam się o każdy dzień. Bałam się, że poród na tym etapie skończy się tragedią. Ogromną niepełnosprawnością lub śmiercią dzieci.

2 miesiące leżenia, niemal non stop byłam podłączona do kroplówki. Każdy dzień był na wagę złota, każda godzina. Leżałam tak dla ich dobra! Dotrwałam do 34 tc. Pomimo rozwarcia wszystko się uspokoiło. Lekarze i ja sama, odetchnęliśmy z ulgą. Tłumaczono mi, że 34 tydzień jest już względnie bezpieczny. Zaplanowano cesarkę na 36tc. Jednak życie zdecydowało inaczej.

(...) Żałuję, że nie postawiłam szpitala na nogi. Dziś mój synek mógłby być w lepszym stanie (...)

W nocy obudziłam się z bólem. Skurcze wróciły. Poszłam do toalety, wracając zgłosiłam w dyżurce położnych że mam skurcze. Bardzo niesympatyczna położna zbrukała mnie, że spać nie mogę i o 4 nad ranem wymyślam sobie akcję porodową. Że ją budzę i czemu robię wokoło siebie zamieszanie. Wróciłam do łóżka. Żałuję, że nie postawiłam całego szpitala na nogi. Dziś mój synek mógłby być w lepszym stanie.

"Tracimy go!"

Następnej nocy sytuacja się powtórzyła. Skurcze powróciły. Poszłam do toalety, ale już nie dałam rady iść dyżurki. Położna mnie widziała sama przyszła. Nie postąpiła książkowo, bo powinna podpiąć mnie pod KTG. Ona od razu poszła po lekarza. Szybkie USG i hasło "tracimy go!" "Proszę dać znać na salę, że mamy maksymalnie 15 minut, jedno z dzieci traci tętno". Zamarłam!!!

Poród!

Wszystko potoczyło się bardzo szybko. Byłam przerażona. Szczyt przerażenia i spanikowania, kiedy wjechaliśmy na salę operacyjną. Sztab ludzi biegających jak mrówki. Po prawej stronie stał inkubator. Po lewej drugi. Przy każdym z nim dużo ludzi. Ilu? Nie wiem. Wystarczająco dużo, żeby wywnioskować, że sytuacja jest podbramkowa. Zamieszanie. Wszystko szybko. Co chwilę słyszałam "Szybciej, bo nie przeżyje". To były ostatnie słowa, jakie usłyszałam przed zaśnięciem.

"To moja żona" usłyszałam z daleka. Było po wszystkim. Bełkotałam, ale mąż wiedział, co chcę wiedzieć. "Lekarze mówią, że pierwsza doba pokaże, czy Piotruś przeżyje, Gabrysia jest w dobrym stanie".

2 lipca 2015 r na świat przyszli: Piotruś z wagą 1900 g i 44 cm. Punkty w skali Apgar 2/2/5 pracowało tylko serduszko, intubowany, niepewne rokowania.
Gabrysia 1890 g i 43 cm, Punkty w skali Apgar 5/7/7 stan stabilny, oddycha samodzielnie wspomagana tlenem.

Położna uratowała mojemu dziecku życie. Gdyby podłączyła mnie pod KTG i czekała 40 minut, żeby iść skonsultować z lekarzem wynik mojego synka dzisiaj by nie było. Do końca życia będę jej wdzięczna za natychmiastową reakcję! Córeczkę do sali dostałam w 4 dobie. Kruszynka ważyła 1650 g. Cieszyłam się, ale i byłam przerażona. Martwił mnie stan synka. Mimo że został odłączony już od respiratora. Długo był na tlenie jeszcze 7 dni. Gdy zaczęła się tlenoterapia, stan się pogorszył, wrócił na CEPAP. Na następny dzień kolejna próba. Udało się. Po 16 dniach wyszliśmy do domu.

Zapewniali, że są zdrowe, ja jednak miałam inne przeczucie.

Pomimo całego przerażenia spowodowanego posiadaniem dwójki dziecinie było tak źle. Dużo spali. Problem pojawił się, gdy zaczęły się kolki. Ale to wszystko to było nic, w porównaniu z licznymi wizytami kontrolnymi. Jako wcześniaki podlegali szczególnej ochronie. Na każdą wizytę jechałam z ciężkim sercem. Lekarze zapewniali, że dzieci są zdrowe. Poza wzmożonym napięciem mięśniowym, które można wypracować rehabilitacją, zapewniali że nic im nie jest. Ale ja miałam przeczucie, że to nieprawda. Czułam, że z synkiem jest coś nie tak. Wszelkiego rodzaju fizyczne umiejętności posiadał w odpowiednim wieku niekorygowanym. Córeczka nie. A mimo to o niego się martwiłam.
W 13 miesiącu życia trafiliśmy do szpitala. Synek miał powracające coraz częstsze i dłuższe bezdechy. Podejrzenie padaczki i skierowanie do szpitala. Tam neurolog po licznych badaniach i obserwacji ściął mnie z nóg: "Dziecko ma dziecięce porażenie mózgowe, niedowład kończyn dolnych, przykrótkie Achillesy, spastyczne napięcie mięśniowe, małogłowie..." lista ciągnęła się w nieskończoność. Pani dr była w szoku, że nikt tego wcześniej nie widział. Rok czasu, w którym można była zdziałać najwięcej przeszedł bokiem. Ani lekarz rodzinny, ani neonatolog, ani neurolog nie widzieli problemu, więcej pani rehabilitantka też tego nie widziała. Neonatolog wypisał dzieci z poradni w stanie dobrym w 10 miesiącu życia. Zaczęło się bieganie po Polsce do specjalistów. Neurolog z Poznania potwierdził diagnozę ze szpitala, zaczęły się badania, wizyty w innych poradniach specjalistycznych. wizyty w szpitalu. Intensywna rehabilitacja.

Dziś dzieci mają prawie 2 latka. Rozwijają się prawidłowo. Choć synek jest w gorszym stanie. Nie wygląda na chorego. Rozwój fizyczny pomimo tego wszystkiego jest ponad jego wiek korygowany. Intelektualnie zgodnie z wiekiem korygowanym. Noszą okularki, choć wada jest niewielka, ale tego nie wiążę z wcześniactwem, my wszyscy w rodzinie nosimy okulary. Nadal jesteśmy pod opieką Ośrodka Wczesnej Interwencji. Rehabilitacja potrwa jeszcze długo, ale rokowania są dobre. Synka trzeba stymulować i zachęcać do nauki, ale są postępy. Podejrzewam, że za rok nie trzeba będzie mu już wieku korygować, u córeczki tego już nie robię.

Mamy ogromne szczęście, że pomimo stanu krytycznego synek żyje i rozwija się. Byliśmy o włos od tragedii. Lekarze zapewniają nas, że synek w przyszłości będzie normalnie funkcjonował. Że dziecięce porażenie mózgowe jest w stopniu lekkim i nie powinien odczuwać jego działań w wieku dorosłym. Wierzę w to, ponieważ sama urodziłam się w stanie krytycznym. Byłam owinięta pępowina i nie oddychałam, doszło do niedotlenienia mózgu, co za tym idzie: porażenie mózgowe. Mówili, że nie będę chodziła. Nie będę myślała jak zdrowe dziecko. A ja chodzę, biegam, widzę, pokończyłam szkoły. Posiadam własną rodzinę.

Nazywam się Małgorzata, mam 31 lat, męża i troje wspaniałych dzieci. Synka z 36 tc, i bliźniaki z 34tc.

Dziś z optymizmem patrzę w przyszłość. Kocham swoje dzieci i cieszę się, że miałam okazję doświadczyć "bliźniaczego" rodzicielstwa. Wygraliśmy walkę o przeżycie. Teraz będziemy walczyć o lepszą przyszłość.

_____________________________________________








Historia Dominiki jest dość niezwykła. Ma dwoje synów, dwóch wcześniaków urodzonych w 32 tc. Obaj zdecydowali się przyjść na świat o wiele za wcześnie. 

Historia lubi się powtarzać.

Nasza historia jest w zasadzie podwójna. Kyle i Jeremy. Obaj urodzeni w 32 tc.

Pierwszy cykl i sukces!

Pierwszy był Kyle. Razem z narzeczonym postanowiliśmy zacząć starania o dziecko. Byłam pewna, że takie starania potrwają minimum pół roku. Miesiąc później byłam w ciąży! Szok był ogromny, bo mieliśmy zaplanowany ślub. Mimo wszystko cieszyliśmy się przeogromnie, że już w pierwszym cyklu udało nam się zajść w ciążę. W pierwszym miesiącu ciąży trafiłam do szpitala. Złe samopoczucie, ogólne zmęczenie. Po kilku dniach pobytu i codziennym pobraniu krwi wykryto bakterie. Dostałam antybiotyk i do domu. Bałam się o dziecko, czy to mu nie zaszkodzi, czy będzie zdrowe. Następne miesiące czułam się świetnie. Mały rozwijał się prawidłowo.

32 tydzień ciąży i nagle...

W 32 tygodniu ciąży, wieczorem, zaczęły mi się sączyć wody. Wieczór, sama w domu. Zupełnie nie wiedziałam co robić. Telefon do narzeczonego i godzinę później byliśmy w szpitalu. Dostałam zastrzyk na rozwój płuc i podjęto decyzję o transporcie do innego, specjalistycznego szpitala. W nowym szpitalu lekarze twierdzili, że nie jest źle, wody cały czas się sączą, ale powoli. Damy rade jeszcze te kilka tygodni przetrzymać. Niestety wytrzymaliśmy 24 godziny.

Zaczęły się skurcze, usłyszałam, że znieczulenie mogę dostać za godzinę, bo lekarz operuje. Nie chciałam. Nawet bym nie zdążyła. Godzinę później zostałam mamą! Urodził się Kyle. Od razu został zabrany do innego pokoju, ja musiałam urodzić łożysko. Okazało się to trudniejsze niż urodzenie Kyle'a. Po paru minutach przyjechał do mnie w inkubatorze. Śliczny, czerwony, otoczony kabelkami. 40cm 1600gram szczęścia. Mój bohater. Od początku oddychał sam. Nie zdarzyłam się napatrzeć, zabrali go na oddział. Godzinę później już z narzeczonym i moimi rodzicami byliśmy przy nim. Wtedy tez pierwszy raz go przytuliłam. Wtulił się we mnie i zasnął.

W pierwszym szpitalu spędził 10 dni. Personel był niesamowity. Odwiedzałam małego kilka razy dziennie. W zasadzie byłam u niego cały czas, wracałam do domu tylko po to, by jeść, spać czy ściągać mleko. Za każdym razem, gdy zjawiałam się w szpitalu, pielęgniarka opowiadała, jak małemu minął czas. Ile zjadł, spal itp. Z lekarzem rozmawiałam dwa razy. Rodziłam za granica - szpital oferował również tłumacza, ale nie skorzystaliśmy. Po 10 dniach dobre nowiny. Mały rozwija się na tyle dobrze , że może zostać przewieziony do drugiego szpitala (tego, w którym miałam rodzic). Byłam szczęśliwa i mega dumna z mojego malucha. Ale tez trochę się stresowałam. Nie mogłam jechać z nim w karetce. Drzwi karetki się zamknęły i wyjechali. Dojechałam do szpitala przed nimi. Tam już było trochę trudniej o informacje na temat synka. Płakałam, że każdym razem jak opuszczałam szpital.

Każdy rodzic radzi sobie inaczej z emocjami.

Kilka minut w samochodzie na ochłoniecie i do domu. Pusto. Cicho. Brakowało mi kopania w brzuchu. Ale sztuczny uśmiech na twarz i do przodu. Bardzo brakowało mi wsparcia narzeczonego. On sobie radził z tym w inny sposób. Rzucił się w wir pracy. Prawie się nie widywaliśmy. Siłą go wyciągałam do szpitala. Kyle spędził w szpitalu miesiąc. Problemem były bezdechy i problem z jedzeniem. Strasznie się męczył przy piersi. Z każdym dniem w szpitalu niecierpliwiłam się coraz bardziej. Jednego dnia po prostu pojechałam go rano odwiedzić i usłyszałam, że jutro idziemy razem do domu!!! Niesamowita radość. Pierwsze tygodnie mały godzinami spal u mnie na rekach. Nie mogłam się nim nacieszyć. Niestety piersią udało się karmić tylko 2 miesiące. Domem zajmowałam się, kiedy mały akurat spal w łóżeczku. Po wyjściu ze szpitala byliśmy kilka razy na kontroli w szpitalu. Za każdym razem słyszeliśmy, że mały rozwija się jak maluch urodziny w terminie. Tylko jest trochę mniejszy. Pierwszy rok upłynął nam niesamowicie szybko. Mały nie ma żadnych następstw wcześniactwa. Teraz ma 2,5 roku. Niedawno zaczął chodzić do przedszkola. Jest wysoki i bardzo szybki.

Kolejna ciąża! Jeszcze większy szok... i strach!

Krótko po pierwszych urodzinkach małego dowiedziałam się, że jestem w drugiej ciąży. Zaskoczenie jeszcze większe. Razem z uczuciami szczęścia pojawił się strach, czy tym razem będzie ok? Od początku postanowiłam, że będę pod opieką szpitala, w którym rodził się Kyle. Częstsze kontrole i za każdym razem wszystko dobrze.

Deja vu!

W pewnym momencie okazało się, że znowu pojawiła się bakteria. Wiec znowu dostałam antybiotyk. Ciążę znosiłam trochę gorzej. Nauczona doświadczeniem, na pewno byłam dużo ostrożniejsza. Całą ciążę odliczałam do czasu, w którym urodził się pierwszy synek. To był mój wyznacznik. Wiedziałam, że jak minie ten dzień, wszystko będzie ok.

Kolejny raz 32 tydzień!

32 tydzień i jeden dzień. Obudziłam się rano. Żartowałam z mężem, że półtora roku temu na tym etapie ciąży, już byliśmy w 3. Pojechałam z mamą na zakupy. Zaczęło się! W sklepie odeszły mi wody. Pierwsza myśl "cholera, znowu". Mama była w takim szoku, że to ja prowadziłam do szpitala. Czułam taki dziwny spokój, już przez to przechodziłam, wiedziałam, że będzie dobrze. Cztery godziny później urodził się Jeremy. Większy od brata 44cm, 2kg. Pierwsza myśl "są identyczni". Znowu małego zabrali do pokoju obok.

Tym razem nie było tak szczęśliwie.

Ciągle spokojna czekałam, aż go przywiozą w inkubatorze. Minuty mijały, a jego nie było. Po paru minutach usłyszałam, że mały musiał być reanimowany. Udało się! Szybkie spojrzenie w inkubator i go zabrali. Wróciłam do pokoju. Cały czas w szoku. Bo przecież to nie tak. Pamiętam dokładnie. Poprzednim razem było inaczej.
Czekałam 3 godziny, by móc go zobaczyć. Najdłuższe godziny w życiu. Synkowi przetaczali krew. W końcu mogłam do niego pójść. Jeszcze więcej kabelków. Maska na główce. Mały miał problemy z oddychaniem, wiec potrzebował małej pomocy. Cpap. Tyle pamiętam. Dziwne słowo. Lekarze coś tłumaczyli, ale w głowie miałam tylko 1 myśl "przecież to nie tak".

Po 2 dniach odłączyli Cpap. Rosół bardzo szybko. Pamiętam, że będąc w szpitalu, czułam się winna, że jestem tutaj, a nie ze starszym synem. Po wyjściu do domu czułam się winna, że nie mogę być z obydwoma. Skorzystałam z pomocy szpitalnego psychologa. Jeremy spędził w szpitalu miesiąc. Pamiętam, że dnia, kiedy wychodził do domu, nad szpitalem widziałam piękną tęczę. Oczywiście odebrał go dumny starszy brat. W domu najtrudniej było pogodzić się z tym, że nie mogę go cały czas tulić. Bo przecież jest tyle rzeczy do zrobienia. Mały rozwija się wolniej od brata. 18 maja świętujemy roczek. Mały jeszcze nie chodzi, nie siedzi, nie raczkuje. Nie mamy żadnej diagnozy. Lekarze powtarzają, że po prostu potrzebuje trochę więcej czasu. Ma też wadę wzroku. Nosi okularki.

Przed narodzinami chłopaków nie miałam pojęcia o wcześniactwie. Teraz wiem, że jestem mega szczęśliwą mamą, bo maluchy są zdrowe. Prawda, że trochę częściej się przeziębiają i szczególnie z Jeremym na niektóre rzeczy muszę poczekać trochę dłużej. Wiem też, że absolutnie nie da się na to przygotować. Z każdym dniem jestem pełna podziwu, jaką wolę walki mają takie maluchy. Dla mnie wcześniactwo nie oznaczało wyroku. Codziennie rano dostaje dwa niesamowite uśmiechy na buziakach i wiem, że mam szczęście otaczając się cudownymi facetami. Bohater od pierwszego dnia. I zwycięzca pod każdym względem. Chociaż są całkowicie różni. Jak dzień i noc. Jeden na piersi, drugi na butli. Jeden bujna czupryna, drugi łysy. Jeden ciągle w biegu, drugi uwielbia cisze i czytanie książek. Śmiało możemy powiedzieć innym rodzicom wcześniaków, że to absolutnie nie znaczy gorszy. Po prostu bohater z trudniejszym startem.



Dominika. Mama wcześniaków z 32 tygodnia ciąży. Ale z 1,5 różnica wieku.



_____________________________________________




Dziękuję, że poświęciłaś kwadrans na przeczytanie tych historii. Dziękuje dziewczynom, z całego serca, za podzielenie się swoimi wspomnieniami. Wiem, że ciężko się do nich wraca. Mimo dramatycznych przeżyć, wielu łez, strachu-dałyście radę. Jesteście wielkie! Wcześniak to mały bohater! Od pierwszych chwil walczą o zdrowie i życie. Oni są dowodem na wielki happy end - happy end zwany życiem!
Ci mali bohaterowie są najlepszym przykładem na to, że wiara czyni cuda. Są najlepszym przykładem na to, że nie można się poddać. Trzeba walczyć! Od początku, przez tygodnie, miesiąca, czasami i lata. Dziś Ci mali bohaterowie są szczęśliwymi dziećmi, otoczonymi wielką miłością rodziców.

Proszę Cię o udostępnienie tych historii. Podziel się tym postem na facebooku, napisz do koleżanek, które planują ciążę, noszą pod sercem dziecko. Wyślij siostrze, przyjaciółce. Nie życzę tego nikomu, ale być może te historie pomogą przetrwać te najtrudniejsze chwile. Sama szukałam takich happy endów. Być może będzie potrzebna pozytywna historia, pocieszenie, słowa otuchy. Urodzenie dziecka przedwcześnie może przytrafić się każdej z nas. Dopóki nas to nie spotka myślimy, że problem nas nie dotyczy. Tymczasem, z roku na rok rodzi się coraz więcej dzieci przed czasem...

Życzę wszystkim kobietom, by rodziły zdrowe, donoszone dzieci. A jeżeli już jakiś mały pośpieszalski bohater przyjdzie na świat za wcześnie, dużo siły, wiary i cierpliwości. Wyżej macie dowody na to, że może być dobrze. Musi!

Brak komentarzy

Prześlij komentarz

TOP