22 kwietnia 2017

Z każdego dnia wyciągaj tyle, ile się da!

Zauważyłyście że ostatnio mniej nas na blogu, w social media. Straszne dużo się u nas dzieje. Wkrótce będę mogła powiedzieć Wam co jest powodem mojej nieobecności, ale w pierwszej kolejności chciałabym podzielić się z Wami pewnymi przemyśleniami.


Za kilka dni D. wyjeżdża. Na długo, bardzo długo. Za długo by nie tęsknić. Oczami wyobraźni wyobrażam sobie jaki ciężki czas przede mną, przed nami. Tęsknota da się nam we znaki. Wszystkim. Sama tęsknie cholernie gdy D, wyjeżdża, nigdy nie zostawiał nas na tak długo. Teraz są dzieci. Wyjazdy na tydzień, dwa były prawdziwym wyznaniem. Teraz czeka nas prawie 2 miesiące rozłąki:(  Muszę być silna, dla nich, dla nas. Dam radę, prawda?:)


Te ostatnie wspólne dni spędzamy razem od świtu do nocy. Nikodem jest totalnie "tatowy". Zapatrzony w ojca jak w chodzący ideał. Wszystko "tati", zawsze "tati". Będzie ciężko, tłumaczymy, rozmawiamy z nimi, opowiadamy że tata wyjeżdża do pracy, nie wiem czy rozumieją, mam nadzieję. 



Z tych  ostatnich dni wyciskamy maksimum. Skupiamy się na dzieciach, D. chce się nimi nacieszyć, one nim. Nic nie jest ważne, ani sprzątanie, ani stanie przy garach. Najważniejsza jest rodzina! Ten czas jest bezcenny! Zbieramy zapasy miłości, uczuć, buziaków. Mam nadzieję że to wystarczy. 



Boję się trochę, wiecie? Zawsze gdy D. wyjeżdża, boję się tej odpowiedzialności. Bo to ja teraz, podczas nieobecności męża jestem odpowiedzialna za dzieci, jestem na pierwszym planie. Nie da się wszystkiego zaplanować, przewidzieć. Nadprogramowe sytuacje wywołują u mnie mega stres, jestem panikarą i zawsze, zawsze gdy nagle pojawia się choroba, nieprzewidziana sytuacja - daję z siebie wszystko, za dwoje. 



Spinam się na maxa. Nikt mnie nie wyręczy już w stawaniu w nocy, w tuleniu i buziakach, w wołaniu "mami" i "tati". Jestem wtedy wersją 2w1. Mama i tatą. I nawet nie wyobrażacie sobie, jak doceniam pomoc mamy, siostry. Czasami kilka godzin wolniejszego czasu od dzieci, ładuje mi akumulatory na maxa. Nie wspomnę o dyżurze w nocy... 



Gdy dzieci były małe, a D. wyjeżdżał, ratowały nas... koszulki. Być może wyda się to Wam śmieszne, ale koszulki ratowały nas z opresji. Przed wyjazdem zbierałam 3 koszulki w których spał D. i chowałam w reklamówkę. Do dziś pamiętam pierwszy wyjazd D. z Oliwką do Instytutu Matki i Dziecka. Lena przechodziła samą siebie, noszona, bujana godzinami. Gdy zasnęła na klatce piersiowej chrzestnego, ten biedny siedział z nią tak dwie godziny, z rękoma podpartymi poduszkami, żeby nie daj Boże jej nie zbudzić. Z koszulką oczywiście. 

Oby do czerwca! Koszulki już mam. Zapas kawy też :)






Brak komentarzy

Prześlij komentarz

TOP