23 marca 2017

Jak poradzić sobie psychicznie z zagrożoną ciążą, przedwczesnym porodem?

Są takie sytuacje, w których nastawienie psychiczne to połowa sukcesu. Resztą zajmą się lekarze. Tak było i w moim przypadku. Przedwczesny poród, złe rokowania, zerowe szanse... A jednak wygrałam tę walkę! 



Za kilka dni 1 kwietnia, ta data już nigdy nie będzie kojarzyła mi się tylko z dniem wesołych żartów. Ten dzień, 2 lata temu był jednym wielkim żartem, tak wtedy myślałam. W 24 tc trafiłam do szpitala ze skróconą szyjką, z oznakami rozpoczynającego się porodu. Były skurcze, których nie czułam. Był strach o każda kolejną godzinę, każdy kolejny dzień. Gdyby nie udało się zatrzymać porodu... dziś mogłoby ich nie być! To jeszcze do mnie nie dotarło, serio. Nie potrafię poukładać sobie w głowie przyczyn, oznak i sygnałów, jakie wtedy mogłam czuć. Gdyby nie rutynowa wizyta u mojego lekarza prowadzącego tego dnia, mogłoby być różnie.


Nie pamiętam, co wtedy czułam. Wszystko działo się bardzo szybko. Po 15 minutach od wyjścia z gabinetu lekarza byłam już na porodówce. Niezły czas. Samo miejsce "porodówka" wydawało mi się totalnie nie na miejscu. Dlaczego mnie tu skierowano? Po co? Przecież termin mam za kilka miesięcy! Pamiętam przerażenie w oczach D., gdy wszedł do sali z kartą ciąży, po którą musiał wrócić do domu. Pamiętam jego bladą z przerażenia twarz, gdy pielęgniarka w rejestracji poinformowała go, że żona została przewieziona na porodówkę. Wszechobecny strach i tysiąc pytań bez odpowiedzi.

Czekałam wtedy na jedno zdanie. Tylko jedno zdanie, które chciałam usłyszeć. "Ciąża żywa". Na te słowa czekałam też 12 tygodni wcześniej, gdy pod koniec pierwszego trymestru trafiłam do szpitala z krwawieniami. Udało się wtedy, uda się i teraz.

Podłączono mnie do pompy z lekiem, przewieziono na oddział patologii ciąży, do najlepszej sali, na którą mogłam trafić (dzięki dziewczyny za wsparcie:*)! Nie wiedziałam, po co ta pompa, po co ten lek. Dostałam nakaz leżenia, poinformowali mnie o skutkach ubocznych, jakie mogą zaistnieć przy podawanym leku, miałam też się przespać i nie denerwować. Dostałam Fenoterol - lek hamujący skurcze macicy. Podłączono mnie na całą noc, i kolejny dzień. Nigdy nie zapomnę, jak mi waliło serce, miałam wrażenie, że lada moment wyskoczy. Nie powiedziano mi, że po skończeniu leku dowiemy się, czy udało się zatrzymać poród, czy może on nastąpić w każdej chwili. I do tej pory jestem ogromnie za to wdzięczna, gdybym wiedziała, co może wydarzyć się za kilka godzin, mogłabym się załamać. Postęp współczesnej medycyny pozwala na uratowanie dziecka, które urodzi się już w 24 t.c, ale ja nosiłam pod sercem trójkę mniejszych dzieci...

Wiara czyni cuda!


Na obchodzie dowiedziałam się wszystkiego. Kubeł zimnej wody. Pamiętam tylko początek rozmowy, potem jakbym wyparła z głowy, to co do mnie mówili. Zamknęłam się w swoim świecie, w swojej mydlanej bańce i nie dopuszczałam do siebie żadnych złych wiadomości. Nic. Zero. Wmówiłam sobie, że musi być dobrze. Nie ma innej opcji! Długo się staraliśmy, długo walczyliśmy o ciążę, za długo, żeby nasza przygoda miała zakończyć się tu i teraz. Nie! Nie pozwolę na to. Postanowiłam sobie, że wytrzymam wszystko, każde badanie, złe samopoczucie, dolegliwości ciąży, wszystko, co mogło się ze mną dziać, wytrzymam wszystko dla ich dobra. Wytrzymałam, chociaż ostatnie 2 tygodnie ciąży były koszmarne.

Nie mów do mnie teraz!


Nie wierzyłam w żadną złą prognozę. W du*ie miałam co może być, ja wiedziałam, że musi być dobrze. Był taki jeden lekarz, który nie brał na poważnie zgłaszanych przeze mnie sygnałów, nawet, wtedy gdy po 4 tygodniach znów zaczęły się skurcze. Przestałam z nim rozmawiać na temat swojego samopoczucia, a na standardowe obchodowe pytanie, jak się czuje - "spoko" było odpowiedzią na odczepne. Ciągle powtarzał mi, że to ciąża wysokiego ryzyka, że w każdej chwili mogę urodzić, dziwił się, że spotykał mnie na swoim kolejnym dyżurze. "Gdzieś" miałam jego gadanie. Musiało być dobrze!


Wiara czyni cuda!
To, że trojaczki są na świecie to cud.
To, że udało nam się z tą ciążą, to cud.
To, że wszystko skończyło się wielkim happy endem to cud.


Często pytacie mnie w mailach, jak poradziłam sobie psychicznie trafiając do szpitala. Jak poradziłam sobie z emocjami, strachem dzieci. Właśnie tak. Uwierzyłam, że będzie dobrze. Wmówiłam sobie, że musi być. Nie brałam do siebie żadnych złych wiadomości, emocji, nerwów, niczego. Pozytywne myślenie, nastawienie i na przód. Niektórzy byli zdziwieni moją postawą, zdziwieni podejściem do tematu, niektórzy byli wręcz oburzeni moim pozytywnym myśleniem. Mnie to pomogło. Bardzo. Tuż przed porodem, podczas jednego z obchodów mój lekarz prowadzący zażartował, że to była połowa sukcesu, resztą zajęli się oni. Prawda! Nerwy, stres, łzy nie pomogłyby mi w tamtej sytuacji. Pogorszyłyby samopoczucie, spowodowały dodatkowe skurcze. Walczyłam dla nich, walczyłam dla nas wszystkich.

Wielu lekarzy, naukowców powtarza, że ludzka psychika jest zaskakująca. Moje nastawienie psychiczne pomogło mi w walce, pomogło mi w ciężkich 3 miesiącach walki o nasze dzieci.

Wygrałam. Wam też życzę wygranej walki. Musi być dobrze, cokolwiek się dzieje!




Niedługo napiszę Wam o moim nastawieniu podczas starań o ciążę. To też dość niesamowita historia... 

1 komentarz

  1. Nie mogę, nie wiem czy dam radę przeczytać ten post. Nie chcę się rozkleic! Szczególnie że Twoja i moja historia kończy się happy end-em 💕😘 a to jest najważniejsze! Żeby nie wiara nie wiem czy zdecydowała bym się na kolejną ciążę po pierwszej straconej. Wiara czyni cuda 💓

    OdpowiedzUsuń

TOP