24 lutego 2017

#wcześniak - Fabian - 27 tc. Poznaj nieprawdopodobną historię mamy z PCOS i walecznego siłacza!

Sonia przez lata walczyła z PCOS. Lekarze dawali jej maksymalnie 5% szans na zajście w ciążę. Stał się cud. Gdy przestali się starać, zobaczyła dwie kreski na teście. Pierwsze miesiące upływały im fantastycznie, aż pewnego dnia zaczęło się dziać coś złego. Fabian przyszedł na świat, w 27 tc. Wprawił w zdumienie lekarzy z połowy Holandii. Wygrał walkę o życie w pięknym stylu!



Diagnoza: PCOS

21 stycznia 2015 roku-dzień babci. W tym dniu dowiedzieliśmy się, że zostaniemy rodzicami. W 2012 roku poznaliśmy się w Holandii. Każde z nas wyjechało tam za pracą. Od początku wiedzieliśmy, że chcemy być razem mimo tylu przeciwności. Pod koniec 2013 roku zaczęliśmy się starać o dzidziusia. Wiedziałam, iż nie będzie to łatwe, ponieważ mam dość poważny Zespół Policystycznych Jajników. Gdy przez rok nie udało nam się zostać szczęśliwymi rodzicami, zaczęłam szukać porad u lekarzy. Każdy powtarzał to samo "ma Pani bardzo małe szanse (1-5 %) aby zajść w ciążę. Pęcherzyków jest bardzo dużo i nie wytwarza się w ogóle komórka jajowa". Ta wiadomość mnie dobiła. Zawsze marzyłam o wielkiej rodzinie. 3 dzieci, mąż, własny dom. Musieliśmy walczyć!

Wiara czyni cuda!



Mój narzeczony powtarzał: "że wiara zawsze czyni cuda." W czerwcu 2014 dostałam namiar do lekarza ginekologa, który pomógł mojej znajomej. 2 miesiące później poszłam na wizytę. Po badaniu i przejrzeniu mojej historii choroby lekarz uśmiechnął się i powiedział: "nie ma rzeczy niemożliwych". Przepisał leki (Duphaston) i kazał przede wszystkim przestać tak intensywnie myśleć o ciąży, bo wtedy ciało kobiety samo broni się przed nią. Jak to? Mamy przestać się starać- pomyślałam. Po krótkim urlopie w Polsce wróciliśmy do Holandii, i tak zajęliśmy się codziennością...

Po badaniu i przejrzeniu mojej historii choroby lekarz uśmiechnął się i powiedział: "nie ma rzeczy niemożliwych". 

Udało się! Jestem w ciąży!


20 stycznia 2015 roku będąc w pracy, zgaga nie dawała za wygraną, okropnie bolały mnie piersi. Znajoma zasugerowała, abym zrobiła test ciążowy. Nie wierzyłam, że mogło się udać. Przecież tyle czasu się staraliśmy, za 7 miesięcy mamy swój ślub, nie brałam tabletek zapisanych przez lekarza. Jednak zrobiłam test. Czekając na wynik, zaczęłam gotować obiad. Gdy po 5 minutach spojrzałam na test, nie mogłam uwierzyć. 2 kreski!!! Szybko poszłam zrobić drugi. Też pozytywny!!! Z wrażenia oparta o drzwi „spłynęłam po nich”. W głowie miałam ciągle pytanie „ jak to możliwe?”. Tyle czasu się staraliśmy i nic, a gdy przestaliśmy, nagle stał się cud. Gdy mój narzeczony wrócił do domu i pokazałam mu testy, sam nie mógł uwierzyć. Zaczął skakać z radości, krzyczeć. I tak oto zaczęła się nasza cudowna podróż.

Tyle czasu się staraliśmy i nic, a gdy przestaliśmy, nagle stał się cud.


Mały piłkarz!


W połowie lutego zaczęłam krwawić. Szybka wizyta w szpitalu uspokoiła nas, ponieważ okazało się, że to nic strasznego i czasem tak po prostu jest. Od końcówki lutego zaczęły mi się mdłości. Wiem, że to normalne, lecz codzienne nudności wykańczały mnie. Zdarzało się, że trwały całe dnie, ale myśl, iż to wszystko dzieje się w dobrej wierze dodawała mi otuchy. Marzec i połowa kwietnia minęły spokojnie. 20 kwietnia dowiedzieliśmy się, że będzie syn. Spełnienie naszych marzeń. I wreszcie nadszedł ten dzień. 29 kwietnia poczułam pierwszy raz ruchy naszego syna. „Na pewno będzie piłkarzem” powtarzał mój narzeczony. Ze względu na to, że jestem pracoholiczką, nie wyobrażałam sobie siedzenia w domu. Wiedziałam o dużej ilości wydatków i zobowiązań, jakie nas w najbliższym czasie czekają. Od momentu, gdy moje szefostwo dowiedziało się o ciąży, przestałam ciężko pracować. Do pierwszego tygodnia czerwca wszystko było idealnie i nagle Fabian - takie imię wybraliśmy, zaczął całymi dniami i nocami kopać. Nie spał on i nie spałam ja. Kręcił się, wariował. Dawał popalić, jak tylko mógł.

Coś złego się dzieje...


19 czerwca. 2 dni po moich urodzinach. Piątek. Nagle zaczęłam „ posikiwać”. Raz, drugi, trzeci. Wreszcie poszłam do narzeczonego i powiedziałam, że się zwalniam z pracy już dziś, bo źle się czuję. W domu przespałam się 4 godziny, potem szybko pojechaliśmy do położnej, która się mną opiekowała przez całą ciążę. Zbadała mnie i stało się jasne, iż to nie jest siusiu, tylko wody płodowe. Wykonała szybki telefon do szpitala w Leiden (Holandia) i zaraz tam byliśmy. Jednoosobowa sala. Pełno lekarzy i pielęgniarek wokół nas. Zaczęli robić badania. Diagnoza-Odklejone łożysko. Powiedzieli, że chcą jak najdłużej naszego synka trzymać w brzuchu. Dostałam sterydy na rozwój płuc dziecka. Koło 23 godziny wszystko się uspokoiło. Przynieśli dodatkowe łóżko dla mojego mężczyzny, aby został ze mną na noc. Sobota była spokojna. Badania, badania i jeszcze raz badania no i drugi zastrzyk dla dzidziusia. W niedziele o 10 okazało się, że mam 5 cm rozwarcia, lecz powiedzieli, że nie mogę jeszcze urodzić. Koło godziny 15 znów wszystko się uspokoiło. Odprawiłam męża do domu, by wyspał się przed pracą. Nie mogłam spać prawie całą noc. O 5.30 zadzwoniłam do mojego mężczyzny i powiedziałam, że wszystko jest ok i żeby się nie martwił.


"Będziemy rodzić, proszę dzwonić po męża"


Ciągle mam przed oczami ten moment jak 22 czerwca o 9.20 wchodzą lekarze i mówią „Będziemy rodzić, proszę zadzwonić po męża i się przygotować”. Jakby cały świat nagle mi się zawalił. Jak to rodzić?? To dopiero równo 27 tydzień się zaczął. Przecież to dużo za wcześnie-myślałam. Nie jestem w stanie nawet opisać, co wtedy czułam, jak bardzo byłam przestraszona i wściekła na siebie. Bo to na pewno moja wina. Kogo by innego. Telefon do narzeczonego i 35 min i był przy mnie. Przygotowali mnie do naturalnego porodu. O 10.15 wszystko się zaczęło, 2 godziny później zaczęła się akcja porodowa. Pełno lekarzy i pielęgniarek. Narzeczony, który mówi mi, kiedy skurcz idzie. Przyszła nawet położna, która się nami zajmowała. „Dawaj, mocniej, przyj, nie poddawaj się, będzie dobrze”. I nagle o 13.15 przychodzi ginekolog, bada mnie i mówi, że dziecko jest za małe i utknęło w kanale rodnym. Potrzebna natychmiastowa cesarka. Wszystko się tak szybko działo. Już leżę na sali operacyjnej. Nad głową pielęgniarka, przy każdej ręce dwie pielęgniarki, 4 lekarzy do operacji. Podają mi narkozę. Każą liczyć do 10. Liczę. Nagle ktoś mnie trzyma za rękę i mówi, abym się obudziła. Otwieram oczy, widzę mojego lekarza od operacji.

Nie jestem w stanie nawet opisać, co wtedy czułam, jak bardzo byłam przestraszona i wściekła na siebie. Bo to na pewno moja wina. Kogo by innego. 


22 czerwca zaczęła się największa walka w naszym życiu!


Przychodzi mój narzeczony i mówi, że z Fabianem wszystko w porządku, że jest piękny i mamy zdrowego syna, lecz ja wiem, że to jeszcze za wcześnie na takie stwierdzenia. Po 2 godzinach od obudzenia się mogłam pojechać na łóżku, zobaczyć naszego synka na oddziale „intensive care”. Nie mogłam powstrzymać się od łez. Te wszystkie rurki, strzykawki, dźwięki... Szok! Był taki malutki. Lekko ponad 900 gramów wagi i 33 cm. Nie mogłam przestać na niego patrzeć. To nasz syn. Taki bezbronny. 22 czerwca zaczęła się największa walka w naszym życiu.

Mały siłacz!


W pierwszych dniach przeszliśmy wylew krwi do główki synka, lecz zaraz po paru godzinach wróciła na swoje miejsce. Ja po 4 dniach wyszłam do domu. Codzienne odwiedziny w szpitalu wzmacniały naszą siłę i coraz większą więź między nami. Wsparcie, jakie dostaliśmy od pielęgniarek, które pracowały na neonatologii, było niesamowite. Z każdym dniem pokazywały nam, że Fabian jest coraz silniejszy. Tydzień po urodzeniu przyszedł mały kryzys. Osłabienie organizmu syna. Po raz drugi mój świat zaczął mi się walić. Siedziałam przy nim i płakałam. Za każdym razem przepraszałam, że nie donosiłam ciąży do końca. Po 2 dniach wszystko wróciło do normy. Lekarze powiedzieli, iż tylko raz podali dawkę antybiotyku i więcej nie było potrzeba. Fabian miał po prostu gorsze dni jak każdy człowiek.

Po niecałym tygodniu dostaliśmy zezwolenie na pierwsze „kangurowanie” syna. Najwspanialsze uczucie na świecie. Uczyliśmy się przebierać, pielęgnować. Od urodzenia mieliśmy na niego podgląd online. Każdy inkubator miał nad sobą kamerkę. Dostaliśmy login i hasło, i mogliśmy cały czas na niego patrzeć. Któregoś dnia, gdy narzeczony zadzwonił do pielęgniarek, by poprawiły kamerkę, do telefonu podszedł lekarz. Powiedział coś, co bardzo nas zaskoczyło. Okazało się, że Fabian jest bardzo silnym dzieckiem i to on tak skopał mi łożysko przez te 2 tygodnie, że się odkleiło. Z każdym dniem wizyt w szpitalu dowiadywaliśmy się od pielęgniarek czegoś nowego i nieprawdopodobnego. A to, że Fabian sam ściągnął maskę z tlenem (2 tyg po urodzeniu), a to, że się troszeczkę przekręcił, odkleił kabelki. Sami lekarze nie mogli uwierzyć w to, co wyczyniał nasz Skarb w inkubatorze. Po około 2 i pół tyg został przeniesiony na normalną neonatologię. Tam nic się nie zmieniało poza tym, że próbowano zmniejszać mu dawkę tlenu podawaną przez respirator. Wiadomo były wzloty i upadki. Gdy trochę podrósł czekała nas pierwsza kąpiel w wanience. I tak mijał dzień za dniem. 

I pewnego dnia prawie serce mi stanęło. Przy inkubatorze Fabiana roiło się od lekarzy. Padłam na kolana i zaczęłam płakać. 


Wtem szybko podleciała do mnie pielęgniarka i zaczęła mówić, że wszystko jest w najlepszym porządku. Lekarze przyjechali z Amsterdamu, Roterdamu i paru innych miejscowości, aby zobaczyć naszego syna, że jest on niewyobrażalnie silny jak na wcześniaka z 27 tyg. Tak leciały kolejne dni. Bez żadnych niespodzianek poza psotami naszego syna. Na początku sierpnia został wyjęty z inkubatora do normalnego łóżeczka, lecz dalej był pod tlenem, bo sam nie oddychał. 10 sierpnia Fabian został przetransportowany już do innego szpitala na oddział dziecięcy, aby tylko rósł, uczył się sam oddychać i jeść butelką. Od samego początku dawał wszystkim o sobie znać. Wszystko szło w dobrym kierunku. Waga rosła, coraz lepiej i więcej jadł. 23 sierpnia został całkowicie odłączony od tlenu. I przyszedł ten upragniony dzień 26 sierpnia. Lekarka oznajmiła nam, że za 2 dni Fabiana wypisują do domu. Nie mogłam uwierzyć, że to już. Nie mieliśmy urządzonego pokoju, ponieważ cały czas powtarzali nam, że Fabian nie wyjdzie na pewno przed 20 września- prawidłową datą urodzenia. Musieliśmy szybko jechać, kompletować pokoik dla Fabisia. Gdy 28 sierpnia z uśmiechem na twarzy przyszliśmy do szpitala, pielęgniarka oznajmiła o małym incydencie z oddechem naszego syna. Na chwile zapomniał się o oddychaniu i musiał jeszcze zostać w szpitalu. 29 i 30 sierpnia znów były idealne, więc lekarze zdecydowali o wypisie Fabiana. Ze względu na to z 30 na 31 sierpnia zostałam z nim w szpitalu po raz pierwszy sama cała noc, aby w razie jakichkolwiek pytań mieć przy sobie pielęgniarki.

Powrót do domu



I wreszcie 31 sierpnia wielki dzień dla nas wszystkich. Z wagą 2 kilo, o godzinie 13 wreszcie wyszliśmy pełną rodziną do domu. Przy windzie spotkaliśmy naszą położną. Nie mogła uwierzyć, jak szybko wychodzimy i jak duży jest Fabian. Od tego dnia zaczął się zupełnie nowy rozdział w naszym życiu. Pierwsze tygodnie były najtrudniejsze. Poznawaliśmy naszego syna, jego humorki i lepsze, i gorsze dni. Rutyna codzienności nie pozwalała oddzielić mi weekendu od środka tygodnia. Narzeczony bardzo dużo pracował na nocki, więc w większości musiałam radzić sobie sama. Było bardzo ciężko. Z daleka od rodziny i przyjaciół. Mogliśmy liczyć tylko i wyłącznie na siebie. Dzień za dniem leciał, a moja czujność nie pozwalała mi spokojnie spać. W nocy co godzinę sprawdzałam, czy wszystko ok u naszego syna, czy słyszę oddech, czy nie ma sinych ust. Fabian dostawał co miesiąc szczepionki na RSV. Z każdym wzrostem wagi większą dawkę, aż w listopadzie pielęgniarka, która przychodziła do nas do domu, musiała podać mu 2 zastrzyki, ponieważ dawka na jedne była za duża. Sparaliżowało mnie, gdy po drugim zastrzyku Fabiś zaczął się zanosić i nagle zapadła cisza, usta zaczęły sinieć, a on przestał oddychać. Szybko zaczęłam go cucić, a pielęgniarka zadzwoniła po pogotowie. Chwilę później synek odzyskał przytomność, a gdy przyjechała karetka, w najlepsze się śmiał, lecz dla pewności pojechaliśmy do szpitala. Tam okazało się, że to zwykłe „zanoszenie się” i wyrośnie z tego. Na szczęście więcej nic takiego się nie powtórzyło.

W grudniu zaczął przesypiać całe noce. Bardzo szybko przybierał na wadze i fantastycznie się rozwijał. Fizjoterapeutka i pediatra nie zauważyli żadnych nieprawidłowości. Przeszliśmy zapalenie ucha. Szybko zaczął raczkować i sam wstawać. 1 czerwca 2016 r nasza przygoda z Holandią się zakończyła. Pod koniec czerwca Fabian zaczął stawiać swoje niezdarne pierwsze kroki. Jest bardzo energicznym dzieckiem od samego urodzenia i potrzebującym dużo uwagi więc nie nudziliśmy się nigdy. Pierwsze słowo, jakie wypowiedział we wrześniu Fabiś to „tata”. Wtedy już mój mąż był najdumniejszym tatusiem na świecie. Zresztą nie tylko z tego. Wszyscy uważają, że Fabian jest czystym klonem mojego męża.

Teraz mamy pełne ręce roboty. Przeprowadziliśmy się do Irlandii Północnej. Fabian jest bardzo żywym dzieckiem, całymi dniami biega, wygłupia się. Czasem czuję się, jakbym miała przynajmniej dwójkę takich szkrabów, a że jestem w 11 tyg ciąży, wizja tak samo energicznego następnego dziecka doprawia mnie o zawrót głowy.

Nie ma większego wojownika na świecie jak wcześniak.


Wygraliśmy najważniejszą bitwę w naszym życiu, a dowódcą w niej był nasz syn.


Podsumowując- okazało się, że Fabian został poczęty w wigilie. Dostaliśmy największy dar od Boga, jaki można sobie wymarzyć. Fabiana urodziłam w jednym ze szpitali z najlepszym oddziałem neonatologii w Europie. Pielęgniarki i lekarze powtarzali: "najważniejsze jest to kangurowanie i pozytywne myśli". Wspierali nas na każdym kroku. 


Dziecko czuje wszystko. Tym bardziej wcześniak, więc nie mogliśmy mu dać ani chwili zwątpienia w siłę i chęć walki. Co by się nie działo, zawsze musimy być dobrej myśli i się wspierać.


W sumie to Fabian pokazał nam, jak się walczy, jak dużą trzeba mieć wolę bycia na tym świecie. Nie ma większego wojownika na świecie jak wcześniak. Trzeba iść do przodu i mierzyć się z przeciwnościami losu. Wygraliśmy najważniejszą bitwę w naszym życiu, a dowódcą w niej był nasz syn. Momentami było bardzo ciężko, lecz nie mogliśmy nigdy zwątpić ani w Fabiana, ani w nas. Oprócz małych wyjątków po wyjściu synka ze szpitala nigdy nie traktowaliśmy go jako wcześniaka i może to dlatego jest teraz takim silnym urwisem.


Dziś mogę powiedzieć, że dzięki temu jestem silniejsza niż kiedykolwiek. Życie nas zaskakuje i trzeba walczyć, jeżeli mamy pod górkę. Trzeba wierzyć w siłę, którą się w sobie ma, a tym bardziej my jako matki odkrywamy w sobie takie pokłady energii i wytrwałości, których nawet nie byłyśmy sobie w stanie wyobrazić. Fabian nauczył mnie, że nie ma czegoś takiego jak poddanie się i wy mamusie też w to uwierzcie. Teraz gdy widzę naszego syna i uśmiech an jego twarzy, nie wyobrażam sobie innego życia. To największe szczęście, jakie mnie spotkało.

Sonia, mama wcześniaka z 27 tyg


______________

To był drugi post z serii #wcześniak. Pierwszy możecie przeczytać TUTAJ. Wszystkie posty opisane będą hasztagiem #wcześniak, aby łatwo można było je namierzyć. Postanowiłam dodać matkom otuchy, chcę puścić w świat szczęśliwe historie z wcześniakami w roli głównej. Sama, gdy trafiłam do szpitala z rozpoczynającym się porodem w 24 tc, szukałam takich historii. Potrzebowałam wsparcia, słów otuchy i wielkiej wiary że będzie dobrze. 

Wiara czyni cuda! 

Jeżeli chcecie podzielić się swoją historią - zapraszam: kontakt@trojaczki.com.pl  

Bardzo dziękuję Soni, Bernardowi i Fabiankowi za podzielenie się wspaniałą historią! 

3 komentarze

  1. Dzielny chłopak :)Zdrowia dla wszystkich

    OdpowiedzUsuń
  2. Te ' zanoszenie sie' i bezdech to był NOP....

    OdpowiedzUsuń
  3. Mój Fabiś z 28tc2d - 1260 g i 41 cm:) Białystok:)

    OdpowiedzUsuń

TOP