17 listopada 2016

#WCZEŚNIAK - historię z wielkim happy endem!

Antoś - urodzony w 25 tc, 610 gram. Zuzia - przyszła na świat w 26 tc, ważyła 530 gram. Pół opakowania cukru! Gabriel, Kacper, Mikołaj - 29 tc. Majka - 34. Poznaj ich historię, historię z wielkim happy endem!




Wcześniak rodzi się raz na 10 porodów. Statystycznie, co 10 Twoja koleżanka może urodzić wcześniaka. Nikt nie jest na to gotowy, nikt. Każda mama marzy o tym, by urodzić zdrowe, donoszone dziecko.



Trafiając do szpitala z rozpoczęta akcją porodową, liczyłam na cud! W ciągu 24 godzin miał zapaść wyrok. Albo dzieci przyjdą na świat w 24 tc, albo uda się, będziemy walczyć o każdy kolejny dzień.

Udało się! Wytrzymaliśmy jeszcze 10 tygodni! To był cud. Leżąc cały dzień pod pompą dozującą leki, szukałam szczęśliwych historii wcześniaków, którym się udało wygrać życie. Całą noc czytałam pozytywne historie małych bohaterów, urodzonych w 24tc, 25... i w kolejnych. To było mi bardzo potrzebne. To chciałam wtedy usłyszeć, tak bardzo chciałam wierzyć, że i u nas wszystko będzie dobrze. 

Jestem doskonałym przykładem, jak wiele daje wiara i pozytywne nastawienie. Wmówiłam sobie, że będzie dobrze, że wytrzymam, dam radę. To było moim najważniejszym życiowym celem. 

Dziś, w międzynarodowy dzień wcześniaka chciałabym przedstawić Wam kilka wzruszających historii. Historii wcześniaków z wielkim happy endem, największym jaki można sobie wyobrazić. 
Wygrali! Wygrali walkę o życie, zdrowie. Wygrali szczęście!

Mali, wielcy bohaterowie! 

Antoś - 25 tc - 610 gram - 1 pkt w skali Apgar 


Kasię poznałam pierwszego dnia mojego 3 miesięcznego pobytu w szpitalu. Leżałyśmy razem na sali, na oddziale patologii ciąży. Cudowna, pozytywna osoba, kochająca mama, wspaniały pocieszyciel.  Mimo panicznego strachu o Antosia, była oazą spokoju. Tydzień potem, nagle, urodził się Antoś. Jej poród wpłynął na mnie ogromnie. Byłyśmy w tym samym tygodniu ciąży. Nigdy nie zapomnę z jaką nadzieją czekałam na wiadomość. Nigdy nie zapomnę twarzy Kamila, jej męża, gdy stanął w drzwiach naszej sali... 

Kasia opisała swoją historię, za co bardzo jej dziękuję! 

"Nigdy, ale to nigdy nie myślała o tym, że dziecko, które noszę pod sercem może być chore, czy może przyjść na świat przedwcześnie. Pierwsze dziecko, córeczka przyszła na świat w terminie. Nawet gdy zaczęły się moje problemy zdrowotne nie, miałam świadomości przedwczesnego porodu. Bałam się, że stracę dziecko, ale ze wcześniej się urodzi, przez myśl mi nie przeszło.


Jestem mama dwójki wspaniałych dzieciaków: Oliwki 6 lat i Antosia 19 miesięcy. Pierwsza ciąża przebiegała prawidłowo, córka urodziła się zdrowa. Jest mądrą rezolutną dziewczynką. Z druga ciążą nie było już takiej kolorowo. W 17 tyg. ciąży dowiedziałam się o przodującym łożysku. I właściwie od tego czasu zaczęły się nasze problemy tj. szpital z powodu krwawień. Nigdy nie zapomnę traumy porodu. 


Moje dziecko przyszło na świat droga naturalną, pomimo pobytu na oddziale Patologii Ciąży, za późno było na cc. 07 kwietnia 2015 na zawsze zostanie w mojej pamięci. Dzień, w którym na świat przyszedł nasz syn Antonii, dzień pełen strachu, rozpaczy, niepewności. Antoś urodził się w 25tc., ważył zaledwie 610 gr, 31 dł. Dostał 1 pkt w skali Apgar za bicie serduszka. Silna zamartwica, niewydolność krążeniowo – płucna, niedotlenienie, wylewy I i II stopnia, dysplazja oskrzelowo – płucna, drożny przewód tętniczy, retinopatia 3 st., przepuklina pępkową i pachwinowe, liczne infekcje, niedokrwistość. Antoni przebywał na OIOM-e 141 przez okres całego pobytu był na tlenoterapii, z czego około 2,5 miesiąca na respiratorze. W trakcie całej hospitalizacji reanimowany 4 razy z powodu niedrożności przewodu pokarmowego a twardy brzuch uniemożliwiał mu oddychanie. Antoni przeszedł dwa zabiegi: laserokogulacji siatkówki, przepukliny pachwinowe.


Moim marzeniem i celem na początku naszej drogi było to, aby nasz synek przeżył. Z czasem nieśmiało zaczęliśmy marzyć o tym, aby był zdrowy, samodzielny. Przeszliśmy wiele złych chwil. Nigdy przenigdy nie zwątpiliśmy w naszego wojownika. Braliśmy pod uwagę każda możliwą wersję wydarzeń. Oczywiście w głębi duszy liczyliśmy na to, że nasz synek spadnie na przysłowiowe „cztery łapy”. Cała nasza rodzina przyjaciele wspierała nas dobrym słowem modlitwą.

Dziś Antoś jest super chłopcem. Ma dość dużą wadę wzroku, niedrożny przewód, choruje sezonowo. Przeszedł bardzo trudną i żmudną rehabilitację metoda vojty i ndt bobath. Stawia pierwsze kroki, jeszcze nieporadne. Cieszymy się z jego postępów. Jest naszym cudem. Jest wspaniałym młodszym braciszkiem. Cudownym wnukiem cudownym babć i dziadków. Wierzymy, że będzie szczęśliwym dobrym człowiekiem. Antoś nie miałby szans na życie, gdyby nie wspaniała kadra pracująca w USK w Białymstoku na Oddziale Neonatologii i Intensywnej Terapii Noworodka. Dziękujemy! Po pierwsze za heroiczną walkę o życie naszego synka, po drugie za empatię, dobre słowo, wsparcie. Zaczynając od Pań, które dbają o czystość oddziału, kuchenkę laktacyjną, przewspaniałe położne (kochane ciocie – co one się miały z naszym Antkiem ;-)) kończąc na najlepszej opiece lekarskiej ever ;-). Nigdy nie zapomnimy Wam tego, że Antoś żyje dzięki waszej pracy. Zawsze mówimy i myślimy o Was bardzo ciepło. Mam nadzieję, że najgorsze za nami. Mój mąż Kamil w tym trudnym dla nas czasie spisał się na szóstkę, jest moim najlepszym przyjacielem nie poradziłabym sobie bez jego wsparcia.

Zawsze myślałam, że jestem słaba psychicznie. Okazuje się, że człowiek nawet o sobie samym uczy się przez całe życie. 
Bóg zsyła nam tyle ile damy radę udźwignąć

– tak powiedziała mi położna po porodzie."


Zuzia - 26 tc - 530 gram - 4 pkt w skali Apgar


Agatę i Zuzę poznałam już na VIP'ach. Na ostatniej sali, która jest ostatnia na liście, do wyjścia ze szpitala. Gdy poznałam ich historię, płakałam jak bóbr. To prawdziwy cud.. Pół kilograma cudu, które wyrosło na niezłe ziółko:)


"Nasza historia zaczyna się pięknie, upragniona ciąża, zero objawów, złego samopoczucia. Wszystko nabrało tempa i zmieniło swój bieg w 21 tygodniu ciąży, 13 lutego w piątek. Po wizycie u swojej ginekolog zaleciła mi mierzyć ciśnienie, które na wizycie było lekko podwyższone. W taki oto sposób już w niedzielę trafiłam na patologię ciąży z ciśnieniem 170/110... Leżałam tam 4 dni, dowiedziałam się, że będę miała córeczkę :) Okazało się także, że jest malutka, jak na wiek ciąży. Wypisano mi Dopegyt i zalecono mierzenie i zapisywanie ciśnienia 4x dziennie. Byłam przekonana, że wszystko jest i będzie pod kontrolą, bo przecież wyszłam ze szpitala, mam leki.


Jednak po miesiącu, 17 marca, w 25 tygodniu ponownie moja dr ginekolog skierowała mnie na patologię. Byłam przestraszona i zdenerwowana, że jednak coś jest nie tak... W szpitalu lekarz oznajmił mi, że "trochę tu pomieszkam", że nie wyjdę ze szpitala do porodu. Pierwsza myśl: "jak to? 3 miesiące w szpitalu??" Myślałam, że doktor żartuje, nie żartował... Kiedy emocje opadły i przyswoiłam sobie tę informację, powiedziałam sobie "ok, przecież jestem w szpitalu, pod najlepszą opieką, wszystko będzie dobrze, będę leżała tyle, ile będzie trzeba, żeby tylko z niunią wszystko było w porządku". Stwierdzono u mnie ciężki stan przedrzucawkowy, co 3-4 godziny pielęgniarki mierzyły mi ciśnienie i pomimo coraz większej liczby leków bywało różnie.. Na sam widok ciśnieniomierza czułam niepokój, widocznie podświadomie zdawałam sobie sprawę z tego, że coś jest nie tak, choć w głowie krążyło "będzie dobrze, bądź spokojna to i ciśnienie się obniży". Na próżno. Co dzień więcej tabletek, które mi nie pomagały. Brzuch miałam cały w siniakach od pelotek KTG, córcia tak malutka i ruchliwa, że ciężko było utrzymać ją w miejscu podczas badania...

W niedzielę wieczorem wszystko nabrało błyskawicznego tempa. Kiepskie KTG. Tłumaczyłam to tym, że mąż pomagał mi trzymać pelotki, bo moje ręce już drętwiały... Wysokie ciśnienie, które tłumaczyłam tym, że przed pomiarem chodziłam do toalety. Kolejny pomiar- zamarłam... 120/200... Puściłam głośno: "ja pi...olę"... Wpadłam w panikę i zaczęłam płakać. Moja mantra "będzie dobrze" zaczęła się rozmywać, bałam się... Dostałam coś na uspokojenie. Padła decyzja, że przeniosą mnie na porodówkę i tam zrobią mi całonocne KTG. Wciąż łudziłam się, że rano wrócę na patologię... To była najdłuższa noc w moim życiu...
Rano, 23 marca w poniedziałek, wynik KTG był już lepszy, na porannym obchodzie padła jednak decyzja, że musimy zakończyć ciążę... Wszystkie rozmowy lekarzy, pielęgniarek, słyszałam jakbym stała za szybą. Nie do końca docierało do mnie, co tak naprawdę się dzieje. O 8 przyjechał mój mąż, o 9.10 przyszła na świat nasza córeczka, Zuzanna. Nie słyszałam płaczu, nie zobaczyłam jej... Błyskawicznie zabrali ją na OION, a mnie na połóg. Ten dzień był jak wyjęty z życiorysu, po dawce leków przeciwbólowych byłam tak otępiała, że pamiętam wszystko jak przez mgłę. Córeczkę mogłam zobaczyć dopiero następnego dnia. Dzięki mężowi, że nie pozwolił mi pójść na oddział na własnych nogach, bo bym upadła. Nie ma słów, aby opisać to, co poczułam, gdy zobaczyłam swoje pół kilogramowe maleństwo w inkubatorze, odłączone do aparatury, kabelków i rurek, które miały większą średnicę, niż jej rączki, nóżki... Pół kilo istotki, którą można zmieścić w dwóch dłoniach... Rozpłakałam się i osunęłam na wózek. Przerażenie, lęk, bezradność, ogromne poczucie winy- dlaczego to mnie spotkało? Co zrobiłam źle? Te uczucia towarzyszyły mi naprawdę długo..
Zuzanna urodziła się w zamartwicy w 26 tygodniu z wagą 530 gram., dostała 4, a następnie 6 pkt w skali Apgar. Jej stan oceniano jako ciężki. Stwierdzono niewydolność oddechową, wylewy obustronne I/II stopnia, dysplazję oskrzelowo-płucną, niedokrwistość, retinopatię i osteopenię wcześniaczą, niedoczynność przytarczyc, przepuklinę pachwinową i torbiele w podbrzuszu. Przeszłą też sepsę gronkowcową.
Płakałam, dużo płakałam. Jestem szczególnie wdzięczna mojej siostrze, która w szpitalu była dla mnie ogromnym wsparciem. Jednak ani przez chwilę nie dopuściłam do siebie myśli, że może się to skończyć tak, że Zuzi nie będzie... Pomimo tego, że Pani doktor często przekazywała nam informacje, których nie chciałam usłyszeć. Kiedy sama, bez męża odwiedzałam Zuzę, unikałam z nią rozmów, po prostu się bałam. Wiedziałam, że stan Zuzi może zmienić się w każdej chwili... 


Byliśmy na oddziale codziennie. Po dwóch tygodniach mąż mógł pokangurować naszą córeczkę, ja ze względu na okropny stan mojej skóry nie mogłam tego zrobić... To był piękny, wzruszający, ale też przerażający widok... Zuza siedziała z podkulonymi nóżkami na dłoni swego taty... Dni mijały. Na OIONie spędziłyśmy 2 miesiące, a moja kruszyna dzielnie walczyła. Jej stan powoli się polepszał. Każde dodatkowe gramy, próby odejścia od CPAP-u, dobre wieści od lekarzy wywoływały radość. Zmiana pierwszej pieluchy, pierwsze podejście do smoczka, przeniesienie z inkubatorka do łóżeczka, pierwsze ubranka, buźka bez maski, rurek... to były wielkie przeżycia. W czerwcu Zuza przeszła na oddział wcześniaków. Tam było już tylko lepiej :) Z wytęsknieniem czekaliśmy na wypis ze szpitala, który nadszedł po 107 dniach walki, 7 lipca.

Pierwsze dni w domu nie były łatwe. Byłam pełna obaw, jak sobie poradzę. Bez pulsoksymetru, bez nadzoru, bez najwspanialszych pielęgniarek, które zawsze wiedziały co robić. Z pomocą siostry i męża dałam radę. Z biegiem czasu było coraz lepiej. Przyzwyczajałam się do bycia mamą na cały etat :)
Obecnie Zuza ma 19 miesięcy, mamy się bardzo dobrze :) Wszystkie problemy, jakie były, rozwiązały się SAME. Na naszej liście miałyśmy poradnię preluksacyjną, endokrynologiczną, chirurgiczną, okulistyczną, laryngologiczną, neonatologiczną, kardiologiczną, pulmonologiczną, neurologiczną, gastrologiczną i rehabilitacyjną. Teraz musimy kontrolnie pokazywać się u okulisty, neonatologa, kardiologa, neurologa i w poradni rehabilitacyjnej. Mam nadzieję, że i ta lista wkrótce się zmniejszy, że po raz kolejny usłyszymy:" nie ma potrzeby dalszych wizyt, wszystko jest ok". Cóż mogę napisać.. 


Mam w domu biegający wulkan energii, cudowną, mega waleczną i ciągle uśmiechniętą istotkę. Jestem dumna z tego, że pokonała wszystkie przeciwności losu, że jej chęć do życia z nami była tak olbrzymia.


Dziękuję Bogu, cudownym pielęgniarkom i lekarzom za to, że Zuza żyje. Siostrze i mężowi za to, że wspierali i byli przy mnie w najcięższych chwilach. Daliśmy radę. Przecież od początku mówiłam, że będzie dobrze;) 


Do mam w podobnej sytuacji: cierpliwość, nadzieja i wiara, że będzie dobrze, tego Wam życzę. Nawet jeśli początki są fatalne, nie znaczy, że nie może być dobrze. Bądźcie przy swoich skarbach w każdej wolnej chwili i przekazujcie dobrą energię, one to czują :) Głowa do góry a będzie dobrze, jesteśmy tego najlepszym przykładem :)"


Maja - 1550 gram  - 34tc



Majka to nasza kumpela z VIPów, chociaż ja poznałam Emilkę dużo wcześniej, na oddziale patologii ciąży. Wspierałyśmy się wzajemnie. Miałyśmy w planie wytrzymać jak najdłużej. Majka przyszła na świat 2 tygodnie przed trojaczkami. 

"Mam na imię Emilia, jestem mamą Majki. Tak jak moja córka, jestem wcześniakiem urodzonym z wagą 1200 gram. Majka urodziła się w Uniwersyteckim Szpitalu Klinicznym w Białymstoku, w 34 tygodniu ciąży-w zasadzie był to 33 tydz.+1 dzień (30 maj 2015r.) przez cięcie, cesarskie z wagą 1500g.

Pozytywny wynik testu ciążowego i sms do męża po niezłej sprzeczce, że zostanie tatą. Chociaż tak naprawdę pierwszą osobą, której o tym powiedziałam, była moja mama.
Pierwsze usg i pierwsze bicie serduszka było w 6tygodniu ciąży, chociaż o samej płci dowiedziałam się będąc chyba w 6 msc. I tak naprawdę, żeby nie to, że nie miałam miesiączki to chyba nie wiedziałabym, że jestem w ciąży. Do 30 tygodnia ciąża przebiegała prawidłowo-żadnych większych dolegliwości poza tym, że bardzo chciało mi się spać i męczyła mnie praktycznie przez całą ciążę okropna zgaga.
Przy 3 z kolei USG prenatalnym lekarz prowadzący przyjrzał się przepływom w pępowinie-nie do końca były prawidłowe. Wiecie jak to jest, ze sprzętem nawet w prywatnych gabinetach. Za dużo tam nie zobaczysz i nie zbadasz. A co za tym idzie-skończyło się skierowaniem na Oddział Patologii Ciąży. Izba Przyjęć-nikt tak nie podniesie Ci ciśnienia, jak Panie w rejestracji. Mało, że przepływy nie do końca prawidłowe to jeszcze okazało się, że mam wysokie ciśnienie. Tłumaczyłam sobie to tym, że na izbie mi je podnieśli, bo przecież ja nigdy nie miałam problemów z ciśnieniem. Trafiłam na 8 osobową salę-gdzie leżało już kilka przyszłych mam z różnych względów. Zaczęło do mnie docierać, że nie jest kolorowo.
I tak minął pierwszy tydzień na oddziale-gdzie pakowali we mnie leki od nadciśnienia, od układu moczowego, a do tego KTG czasami 2x dziennie i jak zawsze mierzenie: temperatura i ciśnienie. Przy czym uprzedzono też, że ciąża prawdopodobnie zostanie zakończona wcześniej, ale jak to zwykle bywa bez wyjaśnień. Wzięli mnie z łapanki na korytarzu i po prostu oznajmili. Dodając na końcu, że będę miała zastrzyki sterydowe. Zdążyłam przyjąć 2.
Stan mój i motylka w brzuszku poprawił się, więc mogłam wyjść do domu, z zaleceniem kontrolowania ciśnienia i kontroli KTG w szpitalu 2x w tygodniu.
Nareszcie w domu, torba nie rozpakowana, rzucona na stole a ja jak to w tyygodniu-poleciałam na gimnastykę do szkoły rodzenia a póżniej na KTG.
Wszystko byłoby dobrze, gdybym na kolejnym KTG znowu nie usłyszała, że: nie wracam do domu, nigdzie mnie nie puszczą. Udało mi się uprosić, żebym chociaż mogła do auta wyjść-tam miałam legginsy. Bo w tej sytuacji nie byłam przygotowana na pobyt. Telefon do męża-zgarniaj wszystko ze stołu, ja zostaje.
I znowu to samo co za pierwszym razem-leki, badania ect. Ale że byłam ciężarówką na chodzie to odwiedzałam dziewczyny w sali na drugim końcu oddziału-nie trafiła mi się ich sala-przepełnienie:)
Miałam cichą nadzieję, że znowu mnie podreperują i wrócę do domu - od dr L. usłyszałam - "wróci Pani, ale z dzieckiem. Tylko że ono było w szpitalu zdecydowanie dłużej niż ja.
I znowu cała masa KTG- już wiedziałam, że zapisy nie są złe, ale też nie do końca prawidłowe- i znowu USG, dobowa zbiórka moczu do analizy-pierwszy raz musiałam wlewać w siebie wodę litrami i trafiać do słoika ... Kolejny dzień i kolejne badanie. Wezwano mnie na USG-kierownik oddziału-po badaniu spytał mnie tylko czy jadłam-jak wspomniałam, że nie - powiedział, że wysyła mnie na obserwację na porodówkę. Wiecie ktg itp.
Wiedziałam jak to się skończy, ale nie wiedziałam, że tak szybko. Zadzwoniłam do mamy, powiedziałam co się dzieje, ona do mojego męża i bratowej. Ona biedna robiła mi zakupy, bo nie byłam przygotowana kompletnie na porodówkę. Nie miałam nic ani koszuli, podkładów, pieluszek dla buby, nic a nic. Bo wzięli mnie z zaskoczenia.
Leżałam tam sobie spokojnie, rozmawiając z mamą. Tak ona była ze mną, bo mężowi chciałam zaoszczędzić stresu a tak naprawdę to chyba sobie. Minęła może godzina, gdy nagle mój brzuch zrobił się bardzo twardy z prawej strony. Wyglądało to tak jakby Majka próbowała nogami odpychać się od moich pleców, a jej plecy były z przodu mojego brzucha. Zaczęłam masować brzuch, ale nic to nie dalo-poprosiłam mame, żeby zawołała położne. No i się zaczeło-cewnik, zastrzyki, i biegiem na blok. Wrzask: doktorze biegiem, nagłe cięcie - tętno zaczęło zanikać. Wyjeżdżając z sali porodowej na łóżku ściskałam w ręku chusteczkę - oczywiście ryczałam jak bóbr, patrząc na oddalającą się sylwetkę mamy. Która notabene urodziła mnie w tym samym szpitalu 31 lat wcześniej-też jako wcześniaka, tylko że z wagą 1200g.
Na sali szybka akcja- znieczulenie - chcieli zrobić ogólne, ale że nie było czasu skończyło się na standardowym. Nigdy nie zapomnę tego ucisku na brzuch, jakbym miała na sobie worek ziemi, ciężko było mi oddychać i tego, jak patrzyłam na moje nogi chciałam nimi poruszyć i nic. Fajne uczucie:) a tak na poważnie - usłyszałam cudowy płacz i krzyk mojej buby. Nie dane mi było poczuć jej na sobie. Z wiadomych względów kontaktu skóra do skóry nie było- jedynie przyłożono mi ją do policzka. Popłakałam się. Co ja mówię poryczałam! 
Majkę zabrano na oddział-w drodze babcia mogła ją zobaczyć dzięki doktorowi L. - początkowo na OIOM - badania itp. i przeniesiono ją na oddział wcześniaków.
Ja zobaczyłam ją następnego dnia-kiedy z pomocą męża i mamy doprowadziłam się do ładu chociaż minimalnie:) zawiózł mnie na wózku do niej. Jak to u mnie bywa - były łzy- morze łez.
Nie zapomnę nigdy tego uczucia, kiedy cudowna osoba-jaką jest położna-Pani Anetka-pierwszy raz pomogła mi z kangurowaniem-z przewijaniem, kiedy pozwolono mi otworzyć inkubator i dotknąć tej małej rączki.
Coś niesamowitego.
Tak mijały dni i tygodnie na oddziale wcześniaków gdzie byłam praktycznie codziennie-od 11 do 17/18. Przetrwałam je dzięki rodzinie i mamusiom i tatusiom, którzy tak jak ja i mąż odwiedzali swoje maluchy. To dzięki wam A.i D. Kawa z wami stawiała mnie na nogi. Widzieliście, że czasami przy dźwięku pomp i pulsoksymetrów głowa opadała i jeszcze dzięki mamie Zuzi bez której kawa dziś w pojedynkę nie smakuje tak dobrze.
Walczyłam jak większość mam o laktację, udało mi się karmić moim pokarmem ok 6msc. Stres i zabieg chirurgiczny który miałam jakiś czas wcześniej na lewej piersi spowodował to, że pokarm mi zanikał. Dałam z siebie tyle ile mogłam.
Majka przez dłuższy czas leżała w inkubatorze. Przez te kilka tygodniu masa badań, a to słuch, a to usg główki itp. Z oddziału mogłam ją zabrać jak osiągnie wagę min. 2kg, będzie przybierała ładnie na wadze i dobrze jadła. Nadszedł ten dzień, kiedy to miałam ją zabrać do domu. Mama z rzeczami w aucie w pogotowiu czekała na telefon. Mąż akurat był w delegacji. Nic nie stracil, bo kiedy już szczęśliwa przyjechałam z nadzieją, że odbiorę ją do domu-jak grom z jasnego nieba usłyszałam informację-nie zabierze Pani dziecka, bo jest źle. Coś się dzieje z główką. Jest podejrzenie wodogłowia.
I znowu usg, jedno drugie i kolejne. Okazało się, że w główce zbierał się płyn, który należało kontrolować-dodatkowo Majka ma powiększoną lewą komorę. Jest tam jeszcze kilka innych kwiestii z tym związanych, ale nie będą już o nich pisać.
W końcu nadszedł ten dzień-mogłam zabrać ją do domu. Upał, auto bez klimy, ale co tam, najważniejsze, że wracamy do domu. Na koniec poryczałam się żegnając się z położnymi i mamami, które na swoje pociechy musiały jeszcze poczekać. Tego dnia była Pani Magda z Panią Anetką. Cudowne położne. Wszystkim takich życzę.
Nastała rzeczywistość-książeczka zdrowia i masa skierowań do poradni specjalistycznych. Dopóki ciemię nie zarosło - usg główki - raz na 2 czasem 3msc. Przerażające jest to, że bez dopisku pilne na skierowaniu trzeba na to badanie czekać 6msc. Na szczęście ja upominałam się o swoje.
Na razie z całej gamy specjalistów odhaczyliśmy neurochirurga i neonatologa. A reszta jeszcze przed nami-Majka ma 17.5msc. Jeszcze samodzielnie nie chodzi-staje przy meblach, raczkuje a ostatnio upodobała sobie chłodzenie na kolanach-zmagamy się ze wzmożonym napięciem mięśniowy, są szmery w serduszku , więc jest pod opieką kardiologa i ma też lekki zez, którego za bardzo nie widać, kontrol u okulisty mamy zaleconą dopiero jak skończy 2 lata. W terapii Majka jest od 4msc życia z przerwą 2msc w okresie wakacyjnym gdzie chcieliśmy sprawdzić, czy ruszy sama z chodzeniem. Wspólnie z neurologiem podjęłam decyzję o rezonansie. Trzymajcie kciuki... 

Pozdrawiam i życzę zdrówka wszystkim małym wojownikom. Emilka - mama Majki

Gabriel 1200g, Kacper 1260g, Mikołaj 1300g - 29 tc 

Sylwia, moja pocieszycielka przez całą ciążę. Obie byłyśmy w ciąży, obie nosiłyśmy pod sercem trzy cuda. 

Pamiętam ten dzień jak dziś. Wtorek 7 kwietnia, dzień po świętach wielkanocnych. Choć święta były brzydkie, ten dzień był bardzo słoneczny. Słonce raziło mnie w mokre od płaczu oczy. Na ten dzień umówiłam się z lekarzem, że położę się już dla bezpieczeństwa w szpitalu. Jechałam z mężem i mama. Właśnie skończyłam 28 tydzień. Bałam się już codziennie. Wieczorami, gdy kładłam się spać, a one były za bardzo spokojne. Biegłam do kuchni wypić szklankę kakao. To je pobudzało, a potem z mężem liczyliśmy czy na pewno wszystkie się ruszają.

Przyjęli mnie na oddział. Oczywiście byłam gema atrakcja. Od tego, gdzie je mieszczę, jak długo się leczyłam itd. Chłopaki na USG przebiły już dobrze ponad kg. Szpitale nie są dla mnie. Dołowało mnie miejsce, ludzie, historie i ,,lekarze" niedziela była dniem kryzysu. Gdy ,,lekarz" robiąc mi codzienne przepływy, powiedział do innego: po co ja mam to robić? Tu jest tego, tyle że i tak nic nie widzę. Zresztą, jak coś będzie nie tak to i tak nic nie zrobimy, przecież jest niedziela!
Leżałam i płakałam, nic nie mówiąc. Po tyg. od przyjęcia zrobiono mi kolejne usg pomiarowe. Okazało się, że dzieci nic nie przybrały na wadzie. Tego momentu baliśmy się najbardziej z lekarzem prowadzącym.
Moja ciąża była trojacza dwuowodniowa i dwu kosmówkowa. Ciąża wysokiego ryzyka. Dwójka nie dość że miała to samo łożysko i groził im syndrom podkradania, to jeszcze byli w tym samym worku. Mogli zrobić sobie krzywdę nawzajem wyrywając np. pępowinę. Czułam, że moja ciąża dobiegła końca. Choć był to dopiero 29 tydz. Czułam, że muszę jak najszybciej urodzić.

Leżałam na II pietrze na patologi ciąży. Oddział oiom neonatologiczny był na 5. Musiałam czekać, aż zwolnią się 3 miejsca. W środę błagałam mojego lekarza, żeby nie zostawiał mnie na weekend. W czwartek na obchodzie złapał mnie za rękę i mówi ,,nie jedz jutro nic od rana"

Piątek 17 kwietnia 2015r. Od samego rana przyjechał do szpitala mój maż z mama. Byli bardziej przestraszeni niż ja. Spokojnie mówiłam: "jestem druga wiec zabiorą mnie kolo 11 do tej pory to zejdziecie tu" śmiałam się do nich. Byłam bardzo spokojna. Nagle o 8:40 przychodzi pielęgniarka i podaje fartuch do przebrania i karze mi przyjść do zabiegowego. Myślę kurde, ile będę w tym fraku paradować? Nagle przyłącza mi kroplówkę. Pytam czemu tak szybko? No jak to o 9 ma pani cesarkę jest Pani 1! Co?? Ale ta kroplówka zdąży mi zejść? A ona przekręca pokrętło na maksa! Zdąży! Musi!

I wtedy spięłam się pierwszy raz. Potem wszystko działo się tak szybko. Pamiętam tylko jak maż płakał, że nie był w stanie się pożegnać, jak oddziałowa machała mi na korytarzu i trzask zamykających się drzwi od bloku operacyjnego. 

Znieczulenie- brak czucia i odlot! Chyba za bardzo podnieśli łóżko do góry. Gdyż tak zakręciło mi się w głowie, że w ogóle przestałam ich słyszeć. Oni ciągle coś mówili. Ja czułam jak nie mam kontroli na ciałem, jak ręka spada mi bezwładnie. Ostatkiem świadomości wymamrotałam: Coś się dzieje, ja nic nie czuje, nic nie słyszę. Anestezjolog zareagował natychmiast i wróciłam do świadomości. 

Aby usłyszeć najgorsze zdanie: Sylwia nie wiem, w co wierzysz, ale idź tam na kolanach. Dzieci miały zaciśnięte pępowiny, w każdej chwili mogły się udusić. Słyszałam stęknięcia i jak wszyscy biegają. Nagle usłyszałam. Patrz! Ten jest ostatni. Otworzyłam oczy i zobaczyłam najmniejsza kruszynę na świecie.

I tak na świat przyszli moi synowie Gabriel 9:24 Kacper 9:25 i Mikołaj 9:27

Pamiętam, jak leżałam na stole i usłyszałam straszne wycie. Lekarz mówi: słyszysz? Twoje chłopaki wyjeżdżają na gore! Wszystko dobrze! Jak wyjechałam z bloku. Pierwsza zobaczyłam mamę. Mówi, że nigdy nie zapomni mojego pytania: Mamo, widziałaś cala trojkę? Bo ja tylko jednego!!! Boje się! Uspokoiła mnie że tak, wyjechali wszyscy każdy w swoim domku i pojechali na 5 piętro. O tym, jak się czułam po cesarce jak puściło znieczulenie, tym które ja przeżyły mówić nie muszę. :-) Leżałam na sali poporodowej w 3 osobowej sali. Tylko ja byłam bez dzieci! To było najgorsze. Każda tuliła swoje, a ja nie mogłam. O 22 poszłam się kapać, chciałam jak najszybciej dojść do sprawności, w końcu musiałam odwiedzić moich chłopaków. 

Następnego dnia o 8 rano przyjechał Łukasz i pojechaliśmy windą na 5 piętro. Nigdy nie zapomnę, pierwszej chwili jak weszłam na OIOM. Maz wszystko mi tłumaczył, gdzie umyć ręce jak odkazić. Wszystko musiało być zachowane dla dobra dzieci. Nigdy nie zapomnę spojrzeń pielęgniarek jak stanęłam w drzwiach po 24h o własnych nogach weszłam zobaczyć swoje dzieci. W sali były trzy rzędy inkubatorów w każdym po 3 sztuki.

Najpierw podeszliśmy do Mikołaja tego, którego zobaczyłam przy porodzie, największej kruszyny 1300g 44cm. Był szczelnie zamknięty i przysłonięty kocem chroniącym od światła. W pierwszej wydal mi się taki duży, ale jak włożyłam rękę do jego małego domku i złapałam go za rączkę- ona po prostu zginęła w mojej. Dopiero po chwili zobaczyłam to masę kabli, rurek intubacyjna, pulsometr którego światło świeciło na wylot w jego cienkiej skórze. Byłam tak oszołomiona, ale nie mogłam się napatrzeć. Mogłabym stać tam wiecznie, ale przecież czekali na mnie Gabriel i Kacper. Następnie w kolejnym rzędzie leżał Gabriel, najmniejszy i to o niego całą ciążę martwiłam się najbardziej! Miał najgorsze warunku w moim brzuchu, chłopaki przygnietli go całego. Był malutki 1200g 37cm. Był idealny. Ostatni czekał na mnie Kacperek 1260g 39cm. Kacperek urodził się z chora nóżką. Dopiero po 3 miesiącach od urodzenia powiedzieli nam, że jest to stopa końskoszpotawa. Był śliczny, ale taki biedny przez ta podkurczona nóżkę.

Chłopaki po urodzeniu byli wentylowani mechanicznie, gdyż mieli duże problemy z oddychaniem. Pojawiła się u nich także infekcja i musieli dostać antybiotyk. Lekarz powiedział nam, że dzieci są w stabilnym stanie, ale ze są "chore" i musimy czekać. Potem przyszła niedziela. Chłopakom się nie poprawiało i przychodziła rozpacz, strach i obawy co to będzie. Myślałam że urodzą się w lepszym stanie w końcu dostałam sterydy na rozwój płuc, a one w ogóle nie radziły sobie oddechowo.

Nie miałam mleka, co dodatkowo mnie dołowało. Pielęgniarki laktacyjne w ogóle mi nie pomagały, wręcz przeciwnie dodatkowo dołowały. Wiedziałam, że moje mleko jest dla nich lekarstwem. We wtorek wypisałam sir ze szpitala. Nie dawałam rady psychicznie. Najgorszy moment dla matki wcześniaka. To moment, gdy wychodzi ze szpitala po porodzie. SAMA! Bez dzieci. Zostawia je sam. W brzuchu były razem czuły się a teraz osobno każde w swoim domku. To uczucia nie do opisania.

Przyjeżdżałam do dzieci codziennie, często dwa razy dziennie. Do szpitala miałam 10 km. Po kilku dniach Kacper i Mikołaj zostali rozintubowani i przeszli na CEPAP maseczkę tlenowa. Gabryś był w najgorszym stanie. W środę po wypisie mogliśmy pierwszy raz kangurować. Lukasz wziął Kacperka, ja Mikołaja. Stan Gabriela nie pozwalam na wyjęcie go z inkubatora. Nigdy nie zapomnę tego momentu, jak ta mała kruszynka znalazła się na mojej piersi. Był taki ciepły taki spokojny.

Najgorsze w tym wszystkim była ta masa kabli i rurek. Te pikające urządzenia. Nigdy nie zapomnę też przerażonych oczu rodziców, gdy któryś inkubator zaczynał piszczeć i każdy zrywał głowę modląc się, o to, by nie był to jego.

Chłopaki urodziły się z drożnym przewodem Botalem. Gabriel miał na tyle duży, że nie pozwalam na rozintubowanie. Straszyli nas zabiegiem. Ale jedna pani dr postanowiła dać mu szanse i podać mu antybiotyk na 3 dni IBUPROFEN. Dokładnie w urodziny męża 6maja dzień po skończeniu leku Gabryś przeszedł na CEPAP. Najpiękniejszy dzień i najlepsze urodziny mówił maż. I tak odwiedzaliśmy te nasze kruszyny codziennie, przytulając się po 2 godz. Patrzeliśmy jak rosną, jak ich skora staje się coraz bardziej różowa. Radzili sobie coraz lepiej, ale i bywały dni, kiedy cofaliśmy się do tylu. Każdego dnia patrzyliśmy na stężenie tlenu, z nadzieją wypatrując 21%.

Najlepiej radził sobie Mikołaj. Pod koniec maja przeszedł na VIPy i do łóżeczka. Jednak cały czas trzymał go tlen i waga. To na nim nauczyliśmy się kapać i opiekować. Na początku czerwca było i dobrze i Pani dr zapytała nas, czy chcemy zabrać do domu Mikołaja, czy całą trójkę? Początkowo jak chłopaki się urodziły, plan był zabrać całą trojkę, ale chłopaki radziły sobie rożnie wiec zdecydowaliśmy że będziemy zabierać ze szpitala zdrowe dziecko.

9 czerwca mieliśmy zabrać Mikołaja. Spakowałam jego rzeczy fotelik i jechałam do szpitala. Na klatce schodowej zadzwonił mi telefon ze szpitala. Pani dr powiedziała ze Mikołaj źle zareagował na szczepienie i w nocy gorączkował, pojawiła się infekcja i że nie wypisze. Pamiętam jak wypadły mi wszystkie torby z reki i jak płakałam na schodach. Jak jechałam do szpitala. Zycie zatoczyło kolo. Mikołaj znowu znalazł się na OIOM na tlenie. A dla mnie czas się zatrzymał. I tak cały tydzień antybiotyku i czekanie. 

16 czerwca w dzień naszej rocznicy z mężem Mikołaj jechał z nami w samochodzie do domu. Chciał zrobić chyba nam prezent tylko po co tyle nerwów przy tym. Cieszyliśmy się, że zabieramy go do domu, ale tez było nam ciężko ze dwoje naszych dzieci nadal zostaje w szpitalu. Kilka dni później ordynator wezwał nas do siebie i powiedział że podjął decyzje, aby podać chłopakom sterydy na płuca, gdyż skończyły 38 tydzień a nadal potrzebują tlenu i same nie dadzą rady. Kacper miał już tlen tylko tak w powietrzu 23% , ale Gabryś nadal był na nCEPAP. Sterydy miały być podawane przez 7 dni. Kacperek już 2 dnia podziękował tlenowi na zawsze i radził sobie doskonale sterydy pobudziły go tak, że pielęgniarki nazywały go prezesem całej sali :-) dokazywał im równo. Gabryś w trakcie podawania leków zszedł na tlen w powietrzu, ale niestety sterydy nie zdziadziały cudu, nadal potrzebował tlenu w powietrzu 35%. 2 lipca po 77 dniach w szpitalu i dwa tyg. później po Mikołaju dołączył do nas Kacperek. Cieszyliśmy się, ale serce pękało z rozpaczy że kruszynka zostaje.

Mijały dni i tygodnie a Gabrielowi w ogóle się nie poprawiało. Bywały dni, że byłam wściekła, że nie chcę iść z nami do domu, do braci ze w szpitalu mu lepiej. Jedna z pielęgniarek podpowiedziała nam że możemy zabrać do domu z tlenem przez hospicjum. Karetka miała przywieść go do domu z aparatura tlenowa. Baliśmy się, ale chcieliśmy go zabrać. Poprosiliśmy, aby zaczęli procedurę. Następnego dnia przyszłam odwiedzić go jak zwykle. Weszłam na sale i widzę z miejsce tam, gdzie był jest puste. Ucieszyłam się, pomyślałam że zrobił papa tlenowi i zabrali go na inne piętro na wypis. Pielęgniarka podeszła do mnie i cienkim głosem powiedziała że jego stan się pogorszył i jest na OIOM.
Biegłam przez cały korytarz. Jak stanęłam w drzwiach, lekarze tylko spuścili głowy!
W nocy bardzo spadł z saturacji i nie mógł długo wrócić oddechowo. Pielęgniarka biegła z nim na rekach na OIOM. Mój świat stanął po raz drugi. Znów wrócił na nCEPAP i długi czas go potrzebował. Mijały dni i tygodnie a my nadal kursowaliśmy między domem, spacerami i szpitalem, w którym w sali było 35 stopni ciepła.

Byłam bezradna, zmęczona bezsilna i wściekła. W połowie sierpnia zdecydowaliśmy że zabieramy go przez hospicjum. Po raz kolejny zaczęliśmy procedurę. Spotkaliśmy się z lekarzem i pielęgniarka na wywiad. Wszystko miało odbyć się w środę. Karetka miała przywieść go około 9 rano. W piątek dyżur w jego sali miała pielęgniarka, na którą wszyscy mówili ,,jeny" dżeny. Rano powiedziała mi że spróbuje zabrać mu ten tlen na cały dzień. Ciągle miał 22% za nic w świecie nie chciał oddać tego 1%. Miałam wizje ponownego OIOMU. Wróciłam do domu, cały dzień nie mogłam sobie znaleźne miejsca. Byłam zdenerwowana. Wieczorem poprosiłam mamę, żeby została z chłopakami a ja wsiadłam w samochód i razem z mężem pojechaliśmy drugi raz do szpitala.
Szliśmy żółtym korytarzem tak wolno, jak tylko się dało. Baliśmy się, co zastaniemy. Usłyszeliśmy wołanie Jeeny ,, Gabryś nadal bez tlenu" myślałam że zemdleje. Wpadłam na sale. Pierwszy raz bez obaw wyjęłam go szybko z łóżeczka i przytuliłam najmocniej, jak tylko mogłam. Płakaliśmy jak dzieci.
Po prostu stał się cud! Bałam się, że to może się jeszcze zmienić, ale radość moja była większa niż strach. Nie mogliśmy od niego wyjść z tej radości. W piątek po 119 dniach tlenoterapii mój najmniejszy syn pożegnał na zawsze tlen. A w środę po 125 dniach wyszedł ze szpitala. Z nami na rekach. Bez rurek tak jak bracia. Płakałam ja, płakał maż, nawet pielęgniarki płakały. Przez 4 miesiące od narodzin szpital był naszym drugim domem.

Zaczęliśmy życie w 5 :-) było ciężko, ale Gabryś szybko dopasował się do grafiku i rytmu dnia :-) na wypisie ze szpitala dostaliśmy zalecenia, do jakich specjalistów mamy się udać: poradnia neonatologiczna, okulistyczna, audiologiczna, kardiologiczna, neurologiczna, ortopedyczna. Zaczęliśmy rehabilitacje metoda bobatem. Wyprawa z 3 małych dzieci była mega wyzwaniem. Mieszkamy 200 km od rodziców i teściów. Jesteśmy sami i sami staramy się sobie radzić.

Jestem zmęczona, ale szczęśliwa. Podobno od losu dostaje się tyle ile jest się w stanie unieść wiec ja niosę moje 3x 10 kg każdego dnia do przodu. Dzieci są zdrowe, uśmiechnięte bez większych problemów wcześniaczych. 
Czy dałabym jeszcze raz to wszystko przejść? Nie wiem... ale wiem że tych 6 rączek wieszających się na szyję, i krzyczących "mama" - warto żyć.

Zobaczcie, jak dzieci rosły, walczyły o zdrowie, o każdy dzień... 




















Dziękuję, że poświęciłaś kwadrans na przeczytanie tych historii. Dziękuje dziewczynom, z całego serca, za napisanie swoich historii. Mimo dramatycznych przeżyć, wielu łez, strachu - dałyście radę. Jesteście wielkie! Wcześniak to mały bohater! Od pierwszych chwil walczą o zdrowie, niekiedy i życie. Ci mali bohaterowie są najlepszym przykładem na to, że wiara czyni cuda. Są najlepszym przykładem na to, że nie można się poddać. Trzeba walczyć! Od początku, przez tygodnie, miesiąca, czasami i lata. Dziś Ci mali bohaterowie są szczęśliwymi dziećmi, otoczonymi wielką miłością rodziców. 

Proszę Cię o udostępnienie tych historii. Podziel się tym postem na facebooku, napisz do koleżanek które panują ciążę, są w ciąży. Wyślij siostrze, przyjaciółce. Nie życzę tego nikomu, ale być może te historie pomogą przytrafiać te najtrudniejsze chwile. Sama szukałam takich happy endów. Być może będzie potrzebna pozytywna historia, pocieszenie, słowa otuchy. Urodzenie dziecka przedwcześnie, może przytrafić się każdej z nas. Dopóki nas to nie spotka, myślimy że problem nas nie dotyczy. Tym czasem, z roku na rok rodzi się coraz więcej dzieci przed czasem...

Życzę wszystkim kobietom, by rodziły zdrowe, donoszone dzieci. A jeżeli już jakiś mały pośpieszalski bohater przyjdzie na świat za wcześnie, dużo siły, wiary i cierpliwości. Wyżej macie dowody na to że może być dobrze. Musi! 

8 komentarzy

  1. Boże wszystkie faktury mi zmokły od łez... mega historie... wielcy bohaterowie i Dzieciaczki i Ich Rodzice <3

    OdpowiedzUsuń
  2. Witam, czytajac - lzy splywaly mi jak grochy. Wzruszajace historie dzielnych bohaterow. Sama jestem mama wczesniakow (34 tc, 30 tc) wiec znam te emocje z doswiadczenia. Wszystkim wczesniaczkom zycze duzo zdrowia i samych pieknych dni :) buziaki

    OdpowiedzUsuń
  3. Jestem w 24 tygodniu ciąży, ryczę jak bóbr po przeczytaniu tego. Każdego dnia modlę się i proszę żeby wszystko było dobrze. Do tej pory mała rozwija się świetnie, ja również czuję się dobrze. Na całe szczęście mój gin na samym początku ciąży zdiagnozował u mnie zespół antyfosfolipidowy, włączył zastrzyki i leki, dzięki temu mamy szansę zostać w dwupaku do końca. Pozdrawiam! :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Popłakałam się, kilkukrotnie, czytając udostępnione dziś przez Ciebie wpisy wcześniaczych mam! Wyjątkowe Kruszyny i Ich dzielni rodzice.

    OdpowiedzUsuń
  5. Ach wzruszyłam się ,mój syn jest wcześniakiem, a teraz z niego taki 8 zuch chłopka zdrowy i silny , oby każda wcześniacza historia kończyła się jak u nas ,zdrowym dzieckiem . Pozdrowienia i uściski dla wszystkich wcześniaków na całym świecie

    OdpowiedzUsuń
  6. Sama leżałam 2 miesiące na patologii ciązy i jestem mamą Hani urodzonej w 30 tc 1610g i 42 cm, 4 pkt. Stan ciężki. Po 5 tygodniach wróciła do domu- dzis ma 5 miesięcy. To co przeszłyśmy na zawsze nas zmieniło...

    OdpowiedzUsuń
  7. Rycze jak bobr smutne historie ale z happy endem jestem mamą dwóch donoszonych córek ale też całe ciążę martwilam się czy wszystko będzie dobrze ale czytając te historie wiem ze dobrze się koncza:) Dużo zdrowka dla małych bohaterow

    OdpowiedzUsuń
  8. Czytam i ryczę. Takie to prawdziwe...trzy miesiące temu też urodziłam trojaczki, też przeszliśmy bardzo dużo. Były łzy, bardzo dużo łez, strach, bezsilnośc...ale udało nam się. Mam dwie księżniczki i królewicza-sa zdrowe. Biegamy po specjalistach ale wszystko jest ok.

    OdpowiedzUsuń

TOP