7 lipca 2015

Odliczanie

W końcu dopuściłam do siebie myśli, że za kilka/kilkanaście dni przyjdą na świat nasze dzieci. Wyczekiwane od miesięcy, wymarzone od 2 lat. Od spotkania twarzą w twarz dzielą nas dni, już nie miesiące. Boję się porodu. Staram się o nim nie myśleć. Pójdę, położę się na stole i będę czekać na pierwszy krzyk... 



Od kilku dni mam w głowie dziwne emocje. Próbuję wyobrazić sobie jak to będzie? Jak będzie wyglądało nasze codzienne życie? Taki zwykły dzień. Jak poradzimy sobie w organizacji codzienności, od porannej kawy po kąpiel trojaczków. Zastanawiam się jak długo będą musiały zostać w szpitalu, czy będą na oiom'ie czy na wcześniakach. Tysiące pytań na które na chwilę obecną nikt nie zna odpowiedzi.

Byliśmy razem. Ja i On. Teraz będzie nas więcej... o wiele więcej. Jak będą wyglądały nasze wieczory? Czy będą szanse na chwile dla siebie? Już nie mogę się doczekać. BĘDĘ MAMĄ! D. BĘDZIE TATĄ! BĘDZIEMY RODZICAMI ! To brzmi jak bajka. Bajka o którą walczyliśmy. Marzenia staną się rzeczywistością.. Pragnienia się spełnią. Będziemy najszczęśliwszymi rodzicami na świecie :)

Odliczam dni. Każdy dzień zbliża nas do TEGO dnia. Każdy kolejny dzień, to kolejny dzień w brzuchu. Tam im najlepiej. Im więcej w wytrzymają w brzuszku, tym mniej czasu mogą spędzić potem w inkubatorach. Ale z drugiej strony już nie możemy się doczekać aż przyjdą na świat. Te dni dłużą się jak żadne inne. Ostatnie dni mijają wolniej niż 2 miesiące pobytu w szpitalu.

Czekamy...

Wracam myślami do 1 kwietnia. Dnia, kiedy po zwykłej, rutynowej wizycie trafiłam do szpitala. Wtedy jeszcze nie wiedziałam że spędzę tu najbliższe 2.5 miesiąca. Szpital stał się moim tymczasowym domem.. Tęskniłam jak cholera. Dla dobra dzieci jesteś w stanie zrobić wszystko. Przeleżeć kilkadziesiąt dni. Przyjąć na klatę wszystko co los rzuca pod nogi. Zacisnąć zęby przy kolejnym zastrzyku. Zaryzykować własne zdrowie dla zdrowia dzieci. Poświęcić siebie...

Wracam myślami do tego 24 tygodnia ciąży. Mogło być po wszystkim. 1 kwietnia mogły się narodzić nasze dzieci. A jednak nie! Nie przyszły na świat. Los zdecydował inaczej. Nie myślę "co by było", chociaż wtedy ze wszystkich sił wierzyłam że dzieci narodzone w 24tc mają wielkie szanse na przeżycie. Wiem że każda matka w mojej sytuacji wierzy w to samo. Ja też wierzyłam. Nie myślę co by było gdyby..

Teraz?

Lekarze żartują czy nagle postanowiłam donosić ciążę:) Nikt głośno nie mówił o dotrwaniu do 33 tygodnia. Celem był 28 tydzień, potem 30. Gdy minął 30, ryzykowanie stawialiśmy za cel 32. UDAŁO SIĘ! Teraz jedziemy na maxa. 35-36 tc. Do tego momentu najdłużej trzyma się ciążę trojaczą. Jeżeli wszystko jest dobrze, jeżeli z dziećmi wszystko dobrze, i matka jakoś daje radę. Jestem ciekawa jak będzie u nas. Czy dzieci nagle postanowią przyjść na świat, czy będzie trzeba ich zapraszać.

Jeżeli jakimś CUDEM uda nam się dotrwać do 35/36 tygodnia ciąży, śmiało nazwę to CUDEM. Inaczej tego określić się nie da. Miesiące starań, jedna strata, nagle los się uśmiechnął. 2 kreski, po kilku tygodniach strach, łzy. Wizyta w szpitalu - dostaliśmy szansę. Trwaliśmy tak do 24 tc. Kolejny strach, tym razem przeżywamy najgorsze dni w życiu. Łzy leją się litrami. Sądne 48h. Uda się? Leżę 48h podłączona pod pompę z lekiem. Lek zadziała? Zatrzymamy poród, czy nie..? Udało się. Kolejny raz udało się!


I trwamy tak po dziś dzień, w oczekiwaniu na 3 cuda...
TOP